Jak wygląda praca w księgarni? Oto cała prawda

Praca w ukochanej księgarni może wydawać się spełnieniem marzeń każdego mola książkowego. Kto by nie chciał przebywać codziennie wśród tysięcy książek, chłonąć ich zapach i dyskutować zawzięcie z klientami, którzy podzielają twoją pasję?

Problem polega jednak na tym, że większość wyobrażeń na temat pracy w księgarni trzeba włożyć między bajki. Już wyjaśniam dlaczego.

Kiedy usłyszałam, że w jednej z księgarń należących do popularnej sieci zwalnia się miejsce i mam sporą szansę na zatrudnienie, piszczałam z radości. Miałam wtedy 18 lat, byłam po maturze i raczej bujałam w obłokach, niż stąpałam twardo po ziemi. Pełna optymizmu poszłam na rozmowę o pracę – usłyszałam, że podpiszą ze mną umowę zlecenie, a mój zarobek wyniesie około 600 zł na rękę! (Dla 18-letniej mnie było to wielkie ‘łał’).

Śmiechom nie było końca. Dowiedziałam się, że będę potrzebna przez 6 godzin dziennie w tygodniu i okazjonalnie w weekendy. Jak się z czasem okazało, pod tym względem faktycznie wszystko było tak, jak zostało mi to przedstawione pierwszego dnia.

Część rzeczy związana z tym stanowiskiem okazała się jednak dla mnie sporym rozczarowaniem. Postaram się jak najbardziej uczciwie napisać o plusach i minusach tak, żeby każdy, kto jest ciekaw mógł zaspokoić tę ciekawość, a ci, którzy zastanawiają się nad podjęciem takiej pracy, mogli podjąć świadomą decyzję.

Usłyszałam, że podpiszą ze mną umowę zlecenie, a mój zarobek wyniesie około 600 zł na rękę!

Plus numer 1: Możliwość wypożyczania książek

Poza oszałamiającymi zarobkami i sześciogodzinnym dniem pracy, do pozytywnych stron tego zajęcia należała niewątpliwie nasza pracownicza biblioteczka. Lądowały w niej książki, które przychodziły do nas i okazywały się zniszczone – co zdarzało się niemal przy każdej dostawie. Warto nadmienić, że za zniszczenie uznawano podartą jedną stronę, czy lekko zgniecioną okładkę – książka jak najbardziej nadawała się więc do czytania, ale już nie do sprzedaży.

Każdy pracownik z biblioteczki mógł wypożyczyć trzy książki naraz – co oczywiście było skrupulatnie zapisywane i monitorowane przez kierownika.

Plus numer 2: Zniżki pracownicze na książki

Pracownicy mogli korzystać ze zniżek na zakup książek. Jeśli dobrze pamiętam wynosiły one między 10 a 15 procent. W praktyce rzadko z nich korzystaliśmy, bo większość książek, nawet nowości, można było po prostu wypożyczyć. Wtedy jeszcze mieszkałam z rodzicami i nie zależało mi na zapełnianiu mojej domowej biblioteczki. Teraz pewnie bym z tego korzystała.

Plus numer 3: Spotkania autorskie

Za mojej „kadencji” takie spotkanie mieliśmy tylko jedno. Do księgarni przyjechała Maria Koterbska, gwiazda lat 50. i 60. – autorka takich hitów jak „Augustowskie noce”, czy „Brzydula i rudzielec” – promowała wówczas swoją biografię, której autorem był jej syn.

Samo wydarzenie wspominam z ogromnym sentymentem. Sama księgarnia stała się miejscem wyjątkowego spotkania i na moment zmieniła swoje docelowe przeznaczenie. Atmosfera była intymna i pełna życzliwości. Pani Maria na spotkanie przyszła ze swoim niesamowitym mężem, który na zapleczu raczył mnie ciekawostkami na temat ich małżeństwa i dawał rady, jak wytrzymać ze sobą wiele lat po ślubie.

Pracy było wówczas sporo, ale pomyślcie – ile bylibyście w stanie zrobić, jeśli w zamian czekałoby na was spotkanie z waszym ulubionym autorem.

Pomyślcie, ile bylibyście w stanie zrobić, jeśli w zamian czekałoby na was spotkanie z waszym ulubionym autorem.

Minus numer 1: Złodzieje

Jest ich sporo – w każdym sklepie i w każdej branży. Z koleżanką dzieliłyśmy się pracą tak, że ona obsługiwała kasę, a ja stałam „na sklepie” i to do mnie należało ich wypatrywanie. Ochroniarz był jeden i często nie ogarniał całego sklepu.

Pojawiał się strach, bo przecież nigdy nie wiesz, z kim masz do czynienia i czy nie zrobi ci krzywdy, kiedy zwrócisz mu uwagę. Pojawiał się wstyd – bo czasem za złodzieja brałeś kogoś, kto po prostu był skromnie ubrany i biedny. Paradoksalnie właśnie pracując w księgarni nauczyłam się, żeby nigdy nie oceniać książek po okładce, a ludzi po ich ubiorze. Do tej pory tę część pracy wspominam jako jedną z najmniej przyjemnych.

Minus numer 2: Klienci

Oczywiście nie wszyscy! Ale dostajesz szału, kiedy po raz piętnasty podchodzi do ciebie klient lub klientka i pyta o „tę książkę z niebieskim motylem na okładce” – odmawiając oczywiście udzielenia odpowiedzi na pytanie, kto mógłby być jej autorem i jaki ewentualnie mogłaby mieć tytuł.

Niejednokrotnie spędzałam z klientem 30 minut bawiąc się w swego rodzaju zgaduj-zgadulę po to tylko, żeby dowiedzieć się, że motyl z okładki był jednak zielony, a książka która „na pewno była Harlana Cobena” okazywała się dziełem Johna Grishama.

Pół biedy, jeśli klient, który nie pamiętał ani tytułu ani autora książki był miły – dało się przeżyć. Gorzej jeśli miał akurat zły dzień i wyzywał cię od idiotek, bo przecież powinnaś znać kolor i wzór znajdujący się na każdej okładce ze wszystkich 10 tysięcy książek jakie akurat były dostępne. Tych niedostępnych też.

Twoja cierpliwość i kręgosłup wystawiane są na ciągłe próby.

Minus numer 3: Niskie zarobki

Muszę wyjaśniać? Chyba nie. Ale i tak rozwinę. Pracę w księgarni zakwalifikowałabym jako fizyczno-umysłową, czyli najgorszy rodzaj roboty jaki może być. Odpowiadasz za odbiory dostaw, targanie ciężkich kartonów  z książkami, wspinanie się po drabinach, układanie książek i zmienianie ich ułożenia 15 razy w tygodniu, za pakowanie książek na prezent, za obsługiwanie kasy i terminala płatniczego, za sprzątanie kibla, parzenie kawy (u nas w księgarni był ‘kącik czytelniczy”, w którym można było napić się kawy i ‘przetestować’ książkę) i za mycie podłóg.

Twoja cierpliwość i kręgosłup wystawiane są na ciągłe próby. Do tego musisz zaspokajać intelektualne potrzeby klientów i ciągle uczyć się nowych tytułów (i wzorów okładek) książek. To naprawdę ciężka robota. A zarobki – nawet na pełnym etacie – pozostawiają wiele do życzenia.

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.