W nienawiści do książek, tak zostałem wychowany

W ubiegłym tygodniu Biblioteka Narodowa opublikowała wstępne wyniki badań czytelnictwa za 2017 rok. Wynika z nich, że książki czyta „tylko” 38 procent Polaków. I znowu się zaczęło… „Polacy nie czytają!” – grzmią nagłówki w sieci i na papierze. A ja myślę – poważnie? Nie czytają? Na pewno?

Czy 38 procent to dużo czy mało? Ile jest warte to badanie? Dlaczego ciągle słyszymy, że Polacy nie czytają książek? Co z tym zrobić? Matkobosko ile pytań!

Gdybyśmy chcieli potraktować to 38 procent bardzo dosłownie, wyszłoby, że książki czyta około 12 milionów Polaków. (Badani reprezentowali grupę od 15. roku życia wzwyż, a takich Polaków są łącznie około 32 miliony). Jak na moje oko to całkiem sporo. A wiecie, ile osób głosowało na partię, która aktualnie rządzi w naszym kraju i ma ogromny wpływ na nasze życie? Nieco ponad 5 milionów.

Do wyników badań podchodzę więc bardzo bardzo sceptycznie. Postaram się wyjaśnić, dlaczego.

  • W ankiecie przepytano 3185 osób

To oczywiście próba miarodajna, jednak hasła rzucane z nagłówków gazet pt. „Polacy nie czytają” są moim zdaniem dużym i krzywdzącym uogólnieniem. Oczywiście – poziom czytelnictwa w Polsce mógłby być znacznie wyższy, nie zaprzeczam. Jednak naprawdę nie jest AŻ TAK ŹLE.

  • Badani mieli od 15 lat wzwyż

Oznacza to, że pominięto grupę, w której czytelnictwo ma się bardzo dobrze, dzięki rodzicom, którzy codziennie przed snem czytają książki swoim dzieciom. W grupie nie ma też na przykład rezolutnych 10-latków, którzy już samodzielnie potrafią czytać i chętnie sięgają nie tylko po lektury szkolne, ale i nadprogramowe książki i raczą się nimi przez kilka kolejnych lat życia.

book-read-reading-blanket-79697

To właśnie w wieku 15 lat przechodzimy swój pierwszy „kryzys czytelniczy”. Książki dla dzieci znajdują się poza już zasięgiem naszych zainteresowań, pozycje dla młodzieży często wydają się zbyt infantylne, a książki dla dorosłych mogą być jeszcze nieco niezrozumiałe.

Kończy się to tym, że w wieku 15-16 lat młodzież porzuca czytanie książek i często już nigdy do niego nie wraca. To właśnie wtedy dużą rolę w życiu młodego czytelnika mogłaby odegrać szkoła, pomagając dobrać odpowiednie lektury, zamiast przymuszać do czytania tych samych książek od dziesięcioleci. (Ale o tym jeszcze parę słów za chwilę).

  • Do jednego wora wrzucani są ci czytający 7 książek rocznie i ci czytający ich ponad 50

Liczba tak zwanych czytelników intensywnych, czyli osób deklarujących czytanie 7 i więcej książek rocznie w ostatnim pomiarze wyniosła 9 procent. Daje nam to grubo ponad 2 miliony osób! Przy czym w tym jednym worze znajdują się osoby, które przeczytały kilka książek i te, które przeczytały ich kilkadziesiąt. To też trochę niemiarodajne.

  • Za książkę uważa się powieść liczącą 1500 stron i kryminał, który ma ich 150, taką samą wartość w badaniu ma „50 twarzy Greya” i „Chłopi” Reymonta

A wiemy, że to nie nie to samo.  Jedyne rozróżnienie w badaniu pojawia się w pytaniach o czytanie tekstów, które mają powyżej 3 stron i w pytaniu o książki powyżej 300 stron.

Badanie miałoby sens, gdyby skupiano się bardziej szczegółowo na tym, jak obszerne są książki czytane przez Polaków. Do tego na pewno bardziej wartościowe byłoby prześledzenie tego, jakie gatunki lubią czytać i ile są w stanie poświęcić czasu na czytanie, niż po raz kolejny beznamiętnie pytać: „Czy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy przeczytał Pan/Pani chociaż jedną książkę?”.

I żeby mi było jasne – nic do „Greya” nie mam, czytałam. Ale po prostu – są książki, które czytamy dla czystej rozrywki i są takie, które czytamy, bo mają nas czegoś nauczyć. Jedne i drugie są potrzebne. Ale dopóki wszystkie będziemy w takich badaniach wrzucać do jednego worka – to nigdy nie poznamy PRAWDZIWYCH zwyczajów czytelniczych Polaków.

Kiepskie lektury i fałszywy prestiż

reading-77167

To, nad czym powinniśmy debatować, poza procentem czytających czy nieczytających Polaków, jest fakt, że szkoła, która powinna zachęcać do czytania książek, często pełni zupełnie odwrotną rolę, a lektury szkolne są reliktami. 

Przeczytałam w swoim życiu BARDZO DUŻO książek. Naprawdę. Potrafiłam czytać całymi dniami, od rana do wieczora, z małymi przerwami na wizyty w szkole, naukę i zajęcia pozalekcyjne. Jednak z największą przyjemnością czytałam te książki, które sama sobie wybrałam, a nie te, które ktoś mi narzucił. Może to kwestia charakteru, może zainteresowań. Lista lektur szkolnych nie miała mi nic ciekawego do zaoferowania – albo były na niej książki napisane trudnym językiem, którego uczeń bez odpowiedniego bagażu doświadczeń nie zrozumie albo brakowało na niej różnorodności gatunkowej.

Okazuje się więc, że jako osoba kwalifikowana w badaniu jako „czytelnik intensywny” nigdy nie trzymałam w ręku „Dżumy” Camusa, czy „Kordiana” Słowackiego”. Nie doczytałam „Lalki”, nie sięgnęłam po „Nad Niemnem”. „Potop” też mnie ominął. Nie współczułam młodemu Werterowi, bo nie czytałam o jego cierpieniach. „Jądro ciemności” Conrada pozostało daleko poza moim polem widzenia. Nie byłam w stanie „domęczyć” „Przedwiośnia”.

Co robiłam, skoro nie czytałam lektur? Czytałam inne książki. Jakie? Norweskiego pisarza i filozofa Josteina Gaardnera (tego od „Świata Zofii” i „Dziewczyny z pomarańczami”). Kochałam Bułhakowa, choć „Mistrz i Małgorzata” wcale nie należały wówczas do kanonu podstawowych lektur. Jeśli Hemingway, to nie „Stary człowiek i morze”, tylko „Komu bije dzwon”.  Po kryjomu pod kocem czytałam „Dzieci z dworca zoo” i „Pamiętnik narkomanki”. Pochłaniałam „Hobbita”, „Władcę pierścieni” i „Harry’ego Pottera”. A na deser Gabriela Garcíę Márqueza i „Miłość w czasach zarazy”. Moje najlepsze wspomnienia z dzieciństwa są związane z przygodami z „Panem Samochodzikiem” i książkami Małgorzaty Musierowicz. Moje życie mniej więcej od pierwszej klasy podstawówki wypełnione było wspaniałymi książkami i nadal tak jest.

Jestem też dziwnym przypadkiem dziecka, którego rodzice nie czytali. W domu mieliśmy sporo książek, jednak nigdy nie widziałam ani mamy ani taty z książką w ręku. Co nie znaczy, że rodzice nie dbali o to, abym obcowała z literaturą – zaczęło się od czytania książek na dobranoc.

To, co mogę stwierdzić z pełnym przekonaniem to fakt, że szkoła nie przyłożyła nawet malutkiego paluszka do mojej książkowej miłości. Wręcz usilnie próbowała stanąć na tej drodze. I to jest najbardziej przykre. Bo nie uczy się nas, że książka to przede wszystkim rozrywka i wspaniała pożywka dla wyobraźni.

Książki kojarzą nam się z nudziarstwem i przymusem, a nie z zabawą. Poza nauczycielami, którzy nie potrafią kreatywnie zachęcić swoich uczniów do czytania,  w dużej mierze przykładają się do tego także książkofile.

W jaki sposób? Ano w taki, że często czują się lepsi od nieczytających i zamiast swoją postawą zachęcać do wzięcia książki w rękę, robią wręcz odwrotnie.  Jest wiele książek po które nigdy w życiu nie sięgnę, ale nie przyszłoby mi do głowy, żeby wyśmiewać kogoś, komu czytanie ich sprawia RADOŚĆ. Nie ma dla mnie znaczenia, co ten ktoś czyta. Ważne, że czyta.

Może więc powinno do nas w końcu dotrzeć, że książka jest taką samą rozrywką jak ugotowanie ulubionej potrawy, obejrzenie dobrego filmu, czy pójście na siłownię. Nie suszysz komuś głowy z tego powodu, że jajecznica kiepsko mu wychodzi, a w kinie był ostatnio w 1999 roku, nie? Po prostu może nie wszyscy muszą czytać?

Czytanie to zresztą bardzo czasochłonne zajęcie, aby czytać, musisz się temu poświęcić w stu procentach. Nie dziwię się więc ludziom, którzy spędzają po 12 godzin dziennie w pracy, że nie mają ochoty nadwyrężać swojego mózgu nad lekturą. Nie dziwię się matkom, które mają gromadkę dzieci, że wolą usiąść przed telewizorem i po prostu odetchnąć. Nie dziwię się dzieciom przymuszanym do czytania książek, których nie rozumieją, że wolą po szkole usiąść przy komputerze. Nie dziwię się, że nie czytają osoby starsze, mające problem ze wzrokiem i nie posiadające świadomości, że książki można także słuchać. Może po prostu wszyscy trochę zluzujmy. Książki są ważne, ja bez nich nie wyobrażam sobie życia, ale dopuszczam do siebie myśl, że nie wszyscy tak mają i nie widzę w tym nic złego.

Z drugiej strony, jeśli już chcemy tak usilnie badać zwyczaje czytelnicze Polaków, może powinniśmy postawić na badania, które odpowiedzą na pytania „co?”, „dlaczego” i „jak?”, a nie tylko „ile?’. Bo odpowiedź na to pytanie zupełnie nic nie wnosi.

Chcesz być na bieżąco? Polub profil „Dobre Tytuły” na Facebooku!