Michelle Richmond – „I że cię nie opuszczę” [OBSZERNY FRAGMENT KSIĄŻKI]

Książka Michelle Richmond „I że cię nie opuszczę” miała swoją premierę zaledwie wczoraj (9 maja), a już dzisiaj, dzięki ogromnej uprzejmości Wydawnictwa Otwartego, udostępniam Wam na blogu jej bardzo obszerny fragment – aż 12 pełnych rozdziałów! Jeden przeczytacie bezpośrednio u mnie – a do reszty przekieruje Was odpowiedni link.

Życzę Wam miłej lektury i już tradycyjnie – nie ma za co!

Rozdział 1

Odzyskuję przytomność w małym samolocie. Turbulencje. Głowa mi pęka. Zaschnięta krew na koszuli. Nie mam pojęcia, ile czasu minęło. Patrzę na dłonie, niemal pewien, że zobaczę kajdanki, ale nie. Tylko zwykły pas bezpieczeństwa. Kto mnie zapiął? Nie pamiętam nawet, kiedy wsiadłem do samolotu.

Przez otwarte drzwi do kokpitu dostrzegam tył głowy pilota. Oprócz nas dwóch nikogo tu nie ma. W górach pod nami widać śnieg, wiatr smaga samolot. Pilot wygląda na bardzo spiętego, skoncentrowanego na sterowaniu.

Podnoszę rękę, dotykam głowy. Krew zaschła, został lepki strup. Burczy mi w brzuchu. Nic nie jadłem od tamtego francuskiego tostu. Ile czasu minęło od śniadania? Na fotelu obok widzę wodę i kanapkę zapakowaną w papier śniadaniowy. Otwieram butelkę i piję.

Odwijam papier, odgryzam kęs kanapki. Z szynką i serem. Jasna cholera – szczęka boli tak bardzo, że nie mogę żuć. Gdy uderzyłem w ziemię, ktoś najwidoczniej strzelił mnie jeszcze po gębie.

– Lecimy do domu? – pytam pilota.
– Zależy, co nazywasz domem. Lecimy na lotnisko Half Moon Bay.
– Nic ci o mnie nie powiedzieli?
– Imię i dokąd odstawić. Ja tu tylko robię za taksówkarza, Jake.
– Ale jesteś przecież członkiem, tak?
– Jasne. – Jego ton jest nieodgadniony. – Małżonkowi wierność, Paktowi lojalność. Dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Odwraca się na moment, ale to wystarczy, by posłać mi spojrzenie sugerujące, że o nic więcej mam nie pytać. Nagle szarpnięcie tak mocne, że kanapka leci przez pół samolotu. Niepokojące pikanie w kabinie pilota. Mężczyzna przeklina i rozpaczliwie naciska różne guziki. Krzyczy coś do kontroli ruchu lotniczego. Raptem bardzo ostro schodzimy w dół, zaciskam ręce na fotelu, myślę o Alice, o naszej ostatniej rozmowie. Żałuję, że nie powiedziałem jej tylu rzeczy.

Potem wszystko nagle się uspokaja, znów się wznosimy, chyba wszystko jest w porządku. Zbieram kawałki kanapki z podłogi, zawijam je z powrotem w papier i odkładam na fotel obok.

– Przepraszam za turbulencje – odzywa się pilot.
– Nie twoja wina. Nieźle sobie poradziłeś.

Nad słonecznym Sacramento w końcu facet wydaje się mniej spięty. Rozmawiamy nawet o koszykówce, o tym, jak zaskakująco dobrze radzą sobie w tym sezonie Golden State Warriors.

– Jaki dziś dzień tygodnia? – pytam. – Wtorek. Z ulgą patrzę na znajomą linię brzegową, cieszę się na widok małego lotniska. Lądujemy gładko. Gdy już jesteśmy na ziemi, pilot odwraca się i mówi:

– Tylko żeby ci to nie weszło w nawyk, okej?
– Ani mi to w głowie.

Biorę torbę i wychodzę z samolotu. Pilot nawet nie wyłącza silnika, tylko od razu zamyka drzwi, zawraca i startuje.

Wchodzę do kafejki, zamawiam gorącą czekoladę i wysyłam esemesa do Alice. Jest czternasta, środek tygodnia, na pewno ma tysiące spotkań na głowie. Ale muszę się z nią zobaczyć.

Natychmiast odpowiada:
„Gdzie jesteś?”

„Już na lotnisku”.

„Wychodzę za 5 minut”.

Od jej biura na lotnisko jest dobrze ponad trzydzieści kilometrów. Pisze mi jeszcze, że utknęła w korku, zamawiam więc olbrzymie śniadanie.

W kafejce jest pusto. Po sali krząta się dziarska kelnerka w idealnie wyprasowanym uniformie. Kiedy płacę, mówi:

– Miłego dnia, przyjacielu.

Wychodzę na dwór i siadam na ławce, żeby poczekać. Jest zimno, falami nadciąga mgła. Gdy wreszcie widzę starego jaguara Alice, jestem już zziębnięty na kość. Wstaję i sprawdzam, czy mam wszystko.

Alice podchodzi do ławki. Ma na sobie poważną garsonkę, ale na nogach adidasy zamiast szpilek. Jej czarne włosy są wilgotne od mgły. Szminkę ma ciemnoczerwoną i zastanawiam się, czy umalowała się tak dla mnie. Mam nadzieję.

Staje na palcach, żeby mnie pocałować. Dopiero wtedy dociera do mnie, jak bardzo za nią tęskniłem. Potem robi krok w tył i lustruje mnie od stóp do głów.

– Przynajmniej wróciłeś w jednym kawałku. – Delikatnie dotyka mojej szczęki. – Co się stało?
– W sumie nie wiem. Otulam ją ramionami.
– A dlaczego cię wezwali? Tak wiele chciałbym jej powiedzieć, ale się boję. Im więcej się dowie, tym niebezpieczniejsze to dla niej będzie. A poza tym – powiedzmy sobie szczerze – kiedy pozna prawdę, wkurzy się na mnie okropnie.

Co ja bym dał, żeby cofnąć czas – do chwili sprzed ślubu, sprzed Finnegana, sprzed Paktu, który wywrócił nasze życie do góry nogami.

Cały, obszerny fragment książki znajdziecie pod TYM linkiem.

book

Kto?

Książkę napisała Michelle Richmond, którą polskie czytelniczki mogą znać, z takich książek jak „Rok we mgle” i „Nikt, kogo znasz”.

Autorka za swoją twórczość otrzymała Hillsdale Award for Fiction oraz Catherine Doctorow Innovative Fiction Prize.

O czym?

Zawsze odbieraj telefon od małżonka.

Regularnie obdarowujcie się prezentami.

Kilka razy w roku wyjedźcie gdzieś razem.

Nikomu nie wspominajcie o Pakcie.

Alice i Jake to młode kochające się małżeństwo. Alice odnosi sukcesy jako prawniczka, Jake jest terapeutą i współwłaścicielem poradni psychologicznej.

Przed nimi wspólne życie pełne planów. W prezencie ślubnym od prominentnego klienta Alice nowożeńcy otrzymują zaproszenie do elitarnego klubu dla małżeństw, który działa pod nazwą Pakt. Jego celem jest wspieranie par w staraniach o szczęśliwy i trwały związek. Nierozerwalny. Za wszelką cenę…

Jak daleko się posuną, aby ochronić swoje małżeństwo?

„Ta książka nie pozwoli ci zmrużyć oka przez całą noc – zaczniesz wątpić w każdego,
kogo kiedykolwiek kochałeś” – Lisa Gardner autorka bestsellerów „New York Timesa”.

Michelle Richmond
„I że cię nie opuszczę”
Tłum.: Maria Smulewska
Wydawnictwo Otwarte
Premiera: 9 maja 2018