Krzysztof Domaradzki – „Detoks” [DWA ROZDZIAŁY KSIĄŻKI]

W wynajętym mieszkaniu w łódzkiej kamienicy zostają odnalezione zmasakrowane zwłoki studentki Martyny Bułeckiej. Brak śladów sugerujących tożsamość sprawcy. Brak motywów. Brak świadków.

Komisarz Tomek Kawęcki, jeszcze parę lat wcześniej utalentowany śledczy, dziś jest wypalonym samotnym alkoholikiem. Ale tylko on daje nadzieję na rozwikłanie sprawy zabójstwa 24-letniej kobiety, pod warunkiem że zdoła wziąć się w garść i zechce współpracować z kolegami. Tymczasem szczególnie młoda sierżant Magda Giętka budzi w nim nieuzasadnioną niechęć.

Szukając zabójcy Martyny Bułeckiej, policjanci zapuszczają się w najbardziej zdegenerowane rejony Łodzi. Poznają świat dewiantów, prostytutek i narkomanów, zblazowanych studentów i wykładowców, wykolejeńców balansujących na granicy prawa, skorumpowanych prawników i zdeprawowanych dziennikarzy. Przekonują się, że ludzie przeważnie nie są takimi osobami, za jakie się podają, a niektórych policjantów od przestępców różni jedynie mundur.

Wśród sfrustrowanych członków zespołu śledczego coraz częściej dochodzi do tarć. Sytuację dodatkowo komplikuje odkrycie związku pomiędzy zabójstwem Martyny Bułeckiej a sprawą sprzed czterech lat. Wówczas w małej wsi nieopodal Łodzi w podobny sposób została zamordowana nastoletnia dziewczyna. Tyle że sprawca tamtego zabójstwa został schwytany i osądzony. Tragiczna pomyłka? A może celowe działanie…

1123443474

FRAGMENT KSIĄŻKI:

Prolog

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

– Amen!

– Pan z wami.

– I z duchem twoim.

Powędrował wzrokiem nad ołtarz. Zatrzymał się na półkolistej wnęce, w której znajdował się świetnie zachowany fresk. A na nim przybity do krzyża Chrystus. Miał przechyloną na prawo głowę, włosy starannie schowane za uszami. Korona cierniowa oplatała jego czoło, a z krwawiących dłoni i stóp sterczały kolce. Genitalia zasłaniała szmata, brudna od ściekającej z ciała krwi. Za Jezusem wyrastał demoniczny krajobraz, w którym oprócz ciężkich ciemnych chmur można było dojrzeć upadłe miasto, tonące w czymś, co przypominało duszną zbieraninę gazów.

Był pod ogromnym wrażeniem tego fresku. Właśnie tak wyobrażał sobie śmierć Syna Bożego. Jako wielkie, spektakularne cierpienie, które zatrważało nie tylko jego świadków, ale też biernie asystującą mu naturę. Odkąd sięgał pamięcią, marzył o identycznym końcu.

Kiedy ksiądz odmówił kolektę i wierni usiedli w kościelnych ławach, zaczął dyskretnie masować nadgarstek. Bolał go od wczoraj. Gdyby wcześniej odpowiednio go rozgrzał, zapewne uniknąłby bólu. Ale rozgrzewka nie wchodziła w grę. Tak jak i wszystkie inne poboczne rytuały, które mogłyby go rozproszyć, zdekoncentrować, spowodować rozluźnienie i odebrać przyjemność płynącą z ceremonii. Wiedział, że byłoby to niewyobrażalnie ryzykowne. Podobnie jak założenie na nadgarstek usztywniacza, którym mógłby niepotrzebnie ściągnąć na siebie czyjąś uwagę. Wystarczyło, że zwracał ją swoim wyglądem.

– Panie, który zostałeś posłany, aby uzdrowić skruszonych w sercu, zmiłuj się nad nami.

– Zmiłuj się nad nami!

– Chryste, który przyszedłeś wzywać grzeszników, zmiłuj się nad nami.

– Zmiłuj się nad nami!

– Panie, który siedzisz po prawicy Ojca, aby się wstawiać za swoim ludem, zmiłuj się nad nami.

– Zmiłuj się nad nami!

Rozejrzał się wokół. Po jego prawej stronie siedział starzec z przymrużonymi oczami i zrośniętymi siwymi brwiami. Niedowidzący, przysypiający i głuchy jak pień. Celebrował każde wstawanie, choć raczej z konieczności wymuszonej przez wiek niż z oddania liturgii. Brał głęboki oddech, a następnie drżącymi rękoma odpychał się od ławki. Jak emerytowany skoczek narciarski, który nie jest w stanie wyzbyć się nawyków.

Obok niego stała czterdziestoletnia kobieta z sępim nosem i czarnymi włosami, spod których wyłaniały się jasne odrosty. Hipnotycznie wpatrywała się w księdza. Była pobudzona i nieprawdopodobnie skoncentrowana. Dobra owieczka. Zrobiłaby wszystko, co by jej Bóg rozkazał. A być może nawet wszystko, do czego próbowałby ją nakłonić ksiądz.

Po lewej stronie, kilka metrów od jego ławy, stała dziewczynka w puchowej żółtej kurtce. Mogła mieć najwyżej dziesięć lat. Była znudzona, obracała się jak na twisterze. Szukała wzrokiem atrakcji, podróżując między sklepieniami kościoła, ławami, dziwnie wyglądającymi starcami a różowymi rzepami swoich nowych butów. W końcu napotkała jego wzrok. Zawstydził ją swoim uśmiechem, pokazując jej zbyt długie dziąsła, do których przymocowane były krótkie żółte zęby. Ale zawstydzenie nie powstrzymało jej dziecięcej ciekawości. Przestała bujać się na boki i zaczęła się w niego bezceremonialnie wgapiać.

Była pobudzona i nieprawdopodobnie skoncentrowana. Dobra owieczka. Zrobiłaby wszystko, co by jej Bóg rozkazał. A być może nawet wszystko, do czego próbowałby ją nakłonić ksiądz.

– Oto wielka tajemnica wiary.

– Głosimy śmierć twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy Twego przyjścia w chwale.

Odwrócił się w stronę dziewczynki, żeby dobrze widziała jego dłonie, wielkie i zadbane. Schował lewy kciuk i dostawił w jego miejsce prawy, który oplótł palcem wskazującym. Kiedy rozsunął dłonie, udając, że właśnie wyrwał sobie kciuk, dziewczynka ze zdziwienia rozdziawiła usta. Uśmiechnęła się. Kiedy pokazał jej sztuczkę z kciukiem ponownie, wiedziała już, że nie ma w tym żadnej magii, ale nadal nie miała pojęcia, jak on to robi. Spuściła wzrok na swoje dłonie i bezskutecznie próbowała odtworzyć trik.

Fresk z konającym Chrystusem nie był jedyną rzeczą, która podobała mu się w tym kościele. Znacznie bardziej urzekało go to, że nawet w niedzielę świątynię odwiedzało niewielu wiernych. Tylko ci, którzy faktycznie zasługiwali na wysłuchanie przez Boga. Nie pchali się do niej żądni sensacji emeryci, bardziej od modlitwy zainteresowani tym, którzy z ich nielicznych znajomych doczłapali do kościoła, a którym się to z jakichś powodów nie udało. Nie widział tu zniszczonych przez alkohol mężczyzn, pieniaczy i damskich bokserów, którzy chcieliby za pomocą mszy wyzerować swoje konto, wymazać z niego obrzydlistwa, jakich regularnie dopuszczali się w domu. Nie przychodziły nastolatki, które w tygodniu hańbiły swoje ciała grzesznym nasieniem, a w niedzielę próbowały zmazać je godzinną modlitwą.

Nie widywał tu pseudokatolików, którzy nie zasługiwali na rozgrzeszenie. Którzy samą swoją obecnością wypalali mu źrenice w oczach. Gardził nimi. Szczerze ich nienawidził. Gdyby tylko mógł, odebrałby im prawo do życia.

– Panie Jezu Chryste, ty powiedziałeś swoim apostołom: pokój wam zostawiam, pokój mój wam daję. Prosimy cię, nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła, i zgodnie z twoją wolą napełniaj go pokojem i doprowadź do pełnej jedności. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków.

– Amen!

Dziewczynka wciąż przeszywała go wzrokiem. Czekała na kolejny pokaz. Ale on nie miał ochoty nic jej pokazywać. Zaczęła go irytować. Nie widział już w niej małej Maryjki, tylko wścibskiego bachora, którego matka wysłała pod przymusem na mszę. Nie była niewinną małą katoliczką. Te słodkie oczy, którymi się w niego wgapiała, dał jej szatan. Żeby mamiła nimi i rozpraszała innych, łgała i oszukiwała, niszczyła jedność, którą stworzył Bóg.

Miał ochotę rozłupać jej głowę o ścianę.

– Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na jego ucztę.

– Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja.

Kiedy zaczął gmerać w kieszeni kurtki, zauważył poruszenie dziewczynki. Wyczuwał jej dziecięce podniecenie, łaknienie rozrywki, jaką mógł jej zaoferować. Słabość, która prędzej czy później obróci się przeciwko niej. Wyciągnął z kieszeni zaciśniętą pięść, niewiele mniejszą od jej głowy. Dziewczynka przewiercała wzrokiem jego dłoń, martwiąc się, że może przeoczyć sztuczkę. Postanowił, że jej nie zawiedzie. Że pokaże jej coś, co ją dogłębnie poruszy.

Rozejrzał się wokół, po czym rozwarł dłoń. Dziewczynka długo wpatrywała się w jej zawartość. Próbowała zrozumieć, na czym polega ten trik. W końcu podniosła na niego wzrok. Dopiero gdy zobaczyła jego wstrętny dziąsłowy uśmiech, zrozumiała, że to nie jest sztuczka. Wyszła z kościoła zdjęta strachem, z oczami szklącymi się od łez. Rzuciła się pędem przed siebie. Do domu. Byle szybciej, byle dalej od niego. Byle zapomnieć o tym, co zobaczyła. Nie miała wówczas pojęcia, że ten widok będzie ją prześladował przez wiele lat.

– Niech was błogosławi Bóg wszechmogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty. – Amen!
– Idźcie w pokoju Chrystusa.
– Bogu niech będą dzięki!

Kiedy zaczął gmerać w kieszeni kurtki, zauważył poruszenie dziewczynki. Wyczuwał jej dziecięce podniecenie, łaknienie rozrywki, jaką mógł jej zaoferować. Słabość, która prędzej czy później obróci się przeciwko niej.

1

Minął tydzień od ostatniego mrozu. Zima pozostawiła po sobie jedynie odstręczające pożółkłe zwały śniegu, które piętrzyły się na chodnikach, oraz tysiące nowych dziur wyzierających z jezdni. Nadkomisarz Witold Ptak przyglądał się kołom tonącym w asfaltowych wyżłobieniach i przy każdym wstrząsie zaciskał zęby. Zastanawiał się, dlaczego zawsze po zimie łódzkie drogi wyglądają tak, jakby przez Polskę przeszła wielomiesięczna nawałnica. I dlaczego, choć od ponad dekady jesteśmy w Unii Europejskiej, podpięci do niewyczerpanego cycka unijnych funduszy, nic się nie zmienia. Gdzie podziały się miliony, które miały zostać zainwestowane w modernizację dróg? Ile z nich utknęło w kabzach polityków? I dlaczego ta cholerna Unia na to wszystko pozwala?

– Jak na polu minowym – syknął Witold. – Gapisz się, a mimo to i tak nie masz pojęcia, kiedy urwie ci nogę.

Młodsza aspirant Magda Giętka, która w skupieniu prowadziła samochód, posłała mu kwaśny uśmiech. Z jego miny próbowała wyczytać, czy jest na nią zły. Czy ma do niej żal o to, że wplątała go w nieprzyjemną sytuację. Czy będzie chciał to wykorzystać. Ale z jego pomarszczonej twarzy, z charakterystycznym garbatym nosem i czerwonymi przebarwieniami, ciężko było cokolwiek wyczytać. Prędzej by odgadła nazwę jego ulubionego trunku, niżby się dowiedziała, w jakim jest nastroju.

Choć dzieliło ich ponad dziesięć lat, pod wieloma względami byli do siebie podobni. Wysportowani i szczupli. Raczej poważni niż groteskowi. Surowi. A przede wszystkim nieszczególnie urodziwi. Witolda gubiła sfatygowana gęba i nienaturalnie długi nos.

Magda traciła przez szparę między zębami, wyłupiaste oczy i zaniedbane włosy w kolorze siana, które opadając na kościste policzki, dodatkowo wyszczuplały twarz. Gdyby nie widoczna różnica wieku, każdy mógłby ich uznać za parę. Stanowiliby niezauważalny duet: niewzbudzający zdziwienia, nierodzący pytań, nieodznaczający się niczym szczególnym. Niewidzialny. Porażający nijakością.

Wykorzystując kilkumetrowy odstęp, Magda wcisnęła się przed czerwoną toyotę. Dzięki temu zyskali jedną pozycję w wyścigu kulawych żółwi toczonym w sercu miasta. Chwilę później dotarli na wysokość skrzyżowania i zobaczyli niebieskie światła policyjne odbijające się od kamienic. Byli już prawie na miejscu.

Stanowiliby niezauważalny duet: niewzbudzający zdziwienia, nierodzący pytań, nieodznaczający się niczym szczególnym. Niewidzialny. Porażający nijakością.

– Uratowałeś mi dzisiaj dupę – wypaliła Magda, kiedy zatrzymali się przed przejściem dla pieszych.

– Raz ja ratuję twoją dupę, innym razem ty ratujesz moją, tak to już bywa – odparł beznamiętnie Witold.

Jedną dłonią wodził po twarzy, jak gdyby szukał na niej resztek zgolonej rano brody. W drugiej trzymał smartfona, którym nerwowo stukał o kolano.

– Co nie zmienia faktu, że jestem twoją dłużniczką. Sama bym sobie z nim nie poradziła.

– W tej robocie nie ma dłużników – powiedział Witold po dłuższym milczeniu. – Są tylko fajni goście i chuje. Fajnym gościom się pomaga, a chujom nie. Ty wydajesz się fajnym gościem. Wydajesz się, zanotowała w myślach Magda. Co nie znaczy, że nim jesteś. – Raczej gościówą.

– Może być gościówą.

– A on? Jemu w końcu też pomogłeś. Spojrzeli za siebie. Oboje westchnęli. Z tylnego siedzenia dobiegało ciężkie, nieregularne chrapanie.

– Co do niego mam coraz więcej wątpliwości.

Magda przypomniała sobie historie, które opowiadali starsi koledzy z jej poprzedniej pracy. O dziwaku z kryminalnego. Nielubianym, kontrowersyjnym i upierdliwym. A przy tym wyjątkowo inteligentnym i chorobliwie zaangażowanym. O świetnym śledczym, który był wrzodem na dupie zarówno dla przestępców, jak i dla swoich kolegów.

O śledczym, który dwa lata temu, po rozstaniu z żoną, rozsypał się na drobne kawałki i w lawinowym tempie zaczął osuwać się na dno. A teraz ona miała być jego partnerką.

– Czy to prawda, że cierpi na zespół Aspergera? Witold spojrzał na nią jak na kosmitkę.

– Słyszałaś kiedyś o Trumanie Capote?

– Tak – odparła szybko, mając nadzieję, że Witold nie zechce tego sprawdzić.

– Ja nie słyszałem. Dopiero od niego dowiedziałem się, że to amerykański pisarz, który słynął ze znakomitej pamięci. Podobno zapamiętywał wszystkie przeprowadzane rozmowy. Nie musiał robić notatek. Z nim jest podobnie. Nie wiem, czy zapamiętuje wszystko, co mu ludzie mówią, ale z całą pewnością zapamiętuje sporo. Tak przynajmniej było kiedyś. Przed metamorfozą. – Witold zrobił pauzę, żeby rzucić okiem na czarny ekran milczącego telefonu. – Nie wiem, czy ma zespół Aspergera, czy to tylko jedna z wielu wydziałowych legend, ale podejrzewam, że większość historii, które o nim słyszałaś, została zmyślona.

– A co jest prawdą?

– To, że swoim podejściem do życia potrafi wysysać z innych energię. Jest toksyczny.

– To dlatego zdecydowałeś się na zmianę partnera?

– Ja? – Witold zaśmiał się chrapliwie. – To, że jestem szefem grupy dochodzeniowej, nie znaczy, że odpowiadam za dobór zespołu. Jako prosty policjant mam łapać przestępców, najlepiej jak potrafię. Decyzje kadrowe podejmują nasi specjaliści od zarządzania. Ale gdyby zależało to ode mnie, już dawno nie bylibyśmy partnerami. – Zmierzył Magdę wzrokiem. – To pomysł Szczebiota. Wie, że Kawęcki może dać wydziałowi wiele dobrego. Dlatego próbuje do niego jakoś dotrzeć.

– I liczy na to, że ja w tym pomogę? – zdziwiła się Magda. – Może.

– Że gdy będzie pracować ze mną, przestanie chlać?

– Tak uważa Szczebiot. Ale moim zdaniem jemu już nikt nie jest w stanie pomóc.

Witold odebrał telefon w chwili, gdy znaleźli się na wysokości kamienicy, do której za kilka minut mieli wejść. Wychyleni do przodu, wpatrywali się przez przednią szybę samochodu w wysokie okna mieszkania na czwartym piętrze. Wraz z nimi robił to tłum gapiów ściśniętych po obu stronach chodnika.

– Wiesz, że Stare Polesie i Centrum to najbardziej niebezpieczne osiedla w Łodzi? – zapytał Witold.

– Specjalnie mnie to nie dziwi – odparła Magda.

– A mimo to ludzie, którzy tu mieszkają, czują się bezpiecznie. Przez to są potencjalnie łatwiejszymi ofiarami niż mieszkańcy miejskich peryferii, ciągle spłoszeni i przekonani, że za chwilę ktoś ich napadnie albo zgwałci. Nie są świadomi, że to w ich getcie czai się największe zło.

– Może to i dobrze. – Poczuła na sobie ciężki wzrok Witolda, ale pozostała skupiona na drodze. – Dzięki temu mniej się stresują.

– Ale żyją krócej.

W ślamazarnym tempie, przedzierając się przez ulicę zastawioną radiowozami, pokonali kilkaset metrów i zjechali na niewielki betonowy parking. Witold wysiadł i przegonił dwóch meneli, którzy próbowali wydębić od niego pieniądze. Przywitał się z pryszczatym, potarganym chłopakiem, który siedział na murku. Zaprowadził go do samochodu.

– Do której masz czas? – zapytał.

– Do dziewiętnastej – odparł chłopak. Witold spojrzał na zegarek.

– Powinno wystarczyć. Jedyne, co musisz robić, to siedzieć w samochodzie i czekać, aż się obudzi. Wtedy zadzwonisz do mnie i przypilnujesz, żeby nigdzie nie poszedł. Jasne? Chłopak pochylił się i spojrzał na mężczyznę śpiącego na tylnym siedzeniu. Pokiwał głową.

– Nie da się tego spierdolić – stwierdził Witold, wręczając chłopakowi pięćdziesięciozłotowy banknot. – Chodźmy – zwrócił się do Magdy.

We dwoje ruszyli w stronę kamienicy, a speszony małolat wsiadł do samochodu.

Pierwsi na miejscu zbrodni zjawili się gapie, głównie okoliczne męty, bliżsi i dalsi sąsiedzi, pracownicy pobliskich sklepów. Po nich przybyli przedstawiciele służb, policjanci i ratownicy medyczni. Niedługo później zaczęli pojawiać się dziennikarze.

Redakcja „Expressu Łódzkiego” mieściła się w ścisłym centrum miasta, w jednej z odrestaurowanych kamienic na Piotrkowskiej, dzięki czemu Alicja Mioduszewska była pierwszą reporterką, która dotarła na miejsce. A przynajmniej tak jej się wydawało. Zdążyła zebrać kilka informacji, zanim policjanci zapanowali nad chaosem wokół budynku i na wszystkie pytania zaczęli odpowiadać: „Bez komentarza”. Kiedy kilkanaście minut później funkcjonariuszy oblepili pozostali przedstawiciele mediów, licząc na zdobycie choćby strzępów wypowiedzi, nie byli w stanie uzyskać od nich nic, co dałoby się zacytować.

Alicja przeciskała się wówczas przez tłum gapiów. Mężczyzna z ogorzałą twarzą i oddechem cuchnącym alkoholem:

– Widywałem ją, pewnie. Nie za często, ale widywałem. Młoda, wysportowana. Jak to mówią, dobrze wyposażona przez naturę. Chyba w miarę normalna, zwyczajna, porządna. Studentka, zdaje się. Co więcej można powiedzieć o człowieku?

Kobieta z fioletowymi włosami tworzącymi parodię irokeza:

– To ta studentka z czwartego piętra? Wydawała się taka spokojna, tajemnicza. Jakby smutna. Albo zamyślona, sama nie wiem. Szkoda wielka. To znaczy szkoda, że to ona. Choć oczywiście byłoby też szkoda każdej innej osoby, którą by to spotkało. Tragedia. Po prostu tragedia.

Mężczyzna z sadłem wylewającym się spomiędzy niezapiętej kurtki:

– To zwykłe kurwisko było. Bo to raz ją widziałem z jakimiś fagasami? Co rusz sprowadzała kogoś do mieszkania. Ta jej koleżanka też. Takie same były. Jeden czort. Może niezbyt poprawne będzie to, co powiem, ale chyba dobrze się stało, wie pani? Dobrze się stało, bo coś takiego nie mogło się ciągnąć w nieskończoność. Tak może uda się jakoś powstrzymać tę zarazę. A pani jak myśli? Coś to pomoże?

Kobieta ze łzami w oczach i makijażem spływającym z twarzy:

– Raz czy drugi widziałam ją w sklepie. To straszne. Taka młoda, grzeczna, uprzejma. Tyle życia miała przed sobą. Gdyby to był ktoś w moim wieku, jakaś pijaczka albo zła matka, toby nie było tak żal. Ale ona? Dwudziestoletnia dziewczyna? Boże kochany! Ja się teraz będę bać swoje dzieci na dwór wypuszczać, bo jeszcze ktoś je pozabija. W łeb da i będzie po wszystkim. I będzie koniec.

Alicja nie po raz pierwszy się przekonała, że ludzie to w zdecydowanej większości wariaci chorobliwie żądni sławy, choćby minimalnego zainteresowania ze strony jakiejś obcej osoby, albo panicznie bojący się wszystkiego, czego nie znajdują w swojej szarej codzienności. Tylko przez chwilę się łudziła, że znajdzie kogoś, kto powie jej coś, co będzie nadawało się do publikacji. Cokolwiek. Ale ludzie, którzy upierali się, że znali ofiarę, nie potrafili określić jej wieku ani opisać wyglądu. Jedni nie wierzyli, że ktoś mógł ją zamordować, inni bez zająknięcia wymieniali całą listę sprawców. Niektórzy traktowali język polski jako narzędzie służące wyłącznie do oddzielania rzucanych wściekle kurew. Z gburowatego bełkotu polskiej tłuszczy wyłaniał się dołujący obraz nizin społecznych, stworzonych z konfabulantów, pieniaczy i wypłoszów. Jedni nienawidzili drugich. Wszyscy nienawidzili wszystkich.

To straszne. Taka młoda, grzeczna, uprzejma. Tyle życia miała przed sobą. Gdyby to był ktoś w moim wieku, jakaś pijaczka albo zła matka, toby nie było tak żal. Ale ona? Dwudziestoletnia dziewczyna? Boże kochany!

Muszę się stamtąd wydostać, pomyślała Alicja, zanim ten rozemocjonowany motłoch odbierze mi chęć do życia. Szybkim krokiem pokonała kilkaset metrów i weszła do pierwszej kawiarni, na jaką trafiła po drodze. Zanim zamówiła kawę, poprosiła barmana o hasło do Wi-Fi. Zajęła miejsce przy najbliższym wolnym stoliku i wyciągnęła laptopa z torby. Pospiesznie spisała kilka informacji i zadzwoniła do Piotrka Wochyńskiego, który pełnił w niedzielę dyżur w internetowej redakcji „Expressu”.

– Właśnie wysyłam ci dwa maile. W pierwszym znajdziesz krótkie wprowadzenie do sprawy, kilka faktów, które udało mi się ustalić, i wypowiedź policjanta, który zdążył cokolwiek powiedzieć, zanim starsi koledzy zatkali mu usta. Dasz radę to dodać do newsa?

– Jasne – odparł lapidarnie Piotrek.

– W drugim mailu znajdziesz kilka zdjęć budynku, w którym doszło do zabójstwa. Robiłam je w pośpiechu i przy słabym oświetleniu, więc na jedynkę żadne z nich się nie nadaje. Warto je jednak wstawić do materiału.

– Pewnie. Poczekaj chwilę – powiedział Piotrek i zamilkł, żeby porozumieć się z kimś z redakcji. Po chwili oznajmił: – Zaraz do ciebie oddzwonię. Dwie minuty później telefon Alicji zawibrował. Podniosła go ze stołu i zaklęła. Na wyświetlaczu pojawił się numer Kornelii Lemiesz, szefowej działu miejskiego i zastępczyni redaktora naczelnego. A przy okazji jedynej osoby w redakcji, której Alicja szczerze nie znosiła.

– Musimy popracować nad twoim tytułem – powiedziała na powitanie Kornelia. – Dlaczego? – Jest słaby. Alicja zacisnęła dłoń na gorącej filiżance.

– Nudny. Nijaki. Lead zresztą też. Potrzebujemy kilku mocnych określeń, które wciągną czytelnika do gry.

– „Zabójstwo” jest według ciebie słabym określeniem, nie wciąga do gry? – zapytała, starając się zatuszować frustrację.

– Musimy to zmienić, w takiej formie tego nie puszczę. Zredaguję twój tekst, a ty postaraj się dowiedzieć czegoś więcej o sprawie. Rozłączyła się. Alicja wiedziała, w jaki sposób pracuje Kornelia i czym skończy się jej ingerencja w tekst. Zadzwoniła do Piotrka.

– Przepraszam – wymamrotał szeptem. – Doskoczyła do mnie, gdy tylko się zorientowała, że rozmawiam z tobą.

– Nie ma sprawy, znam ją nie od dzisiaj. Mam tylko jedną prośbę – powiedziała. – Usuniesz moje nazwisko z tekstu?

– A co, wstydzisz się swojej pracy?

– Nie swojej. Jej.

Zapłaciła za niewypitą kawę, spakowała komputer do torby i wyszła z kawiarni.

Potworny ból głowy przywrócił Tomka Kawęckiego do życia. Suchość w ustach ledwo pozwalała mu przełknąć ślinę. Gdy ją przeciskał przez ciasny, uzbrojony w kolce przełyk, czuł się tak, jakby mu ktoś rozcinał nożem gardło. Musiało upłynąć kilkadziesiąt sekund, zanim na spuchniętej wardze wyczuł skrzepniętą krew i rozpoznał znajomy smak wymiocin.

Otwierał oczy i ponownie je zamykał, silnie zwierając przy tym powieki. Miał nadzieję, że zdoła dzięki temu przenieść rozrywający czaszkę ból na inne części ciała, na ramiona lub ręce, a przy odrobinie wysiłku nawet na nogi. Kiedy przyzwyczaił się do cierpienia, począł rejestrować niewyraźne obrazy wyłaniające się z migawek. Próbował wędrować wzrokiem po klaustrofobicznym pomieszczeniu, w którym go umieszczono. Zaczynał reagować na bodźce słuchowe. Radio. Serwis informacyjny. Łódź. Zabójstwo. Strzępy informacji wpadały do jego świadomości, ale po chwili się ulatniały, a on tracił przytomność i zapadał w sen.

Po jednym z przebudzeń poczuł niespodziewany przypływ energii. Wspierając się na rękach, podniósł się z kanapy. Dopiero wtedy się zorientował, że nie leży w pomieszczeniu, tylko w samochodzie. I że na przednim siedzeniu pojazdu jest jakiś człowiek. Widział go jednak jak przez mgłę. Opuścił więc głowę, skupiając wzrok na umazanych wymiocinami spodniach.

– Obudził się.

Zaczynał reagować na bodźce słuchowe. Radio. Serwis informacyjny. Łódź. Zabójstwo. Strzępy informacji wpadały do jego świadomości, ale po chwili się ulatniały, a on tracił przytomność i zapadał w sen.

Kawęcki ponownie uniósł swój ołowiany łeb. Długowłosa, potargana istota z pryszczami na twarzy przyglądała mu się z lękiem, przyciskając do ucha telefon. Rozmawiając, a właściwie słuchając rozmówcy, usilnie próbowała wyciągnąć coś z kieszeni. W końcu wyjęła kluczyki i włożyła je do stacyjki. Czekała na kogoś, nerwowo wyglądając przez uchylone okno samochodu. Kawęcki nie potrafił rozpoznać po głosie, czy to kobieta, czy zniewieściały mężczyzna. Ale zrozumiał, co się stało. A w zasadzie – co się nie wydarzyło. Nie umarł. I nie zanosiło się na to, żeby miał umrzeć niebawem.

A to martwiło go najbardziej.

Kiedy ktoś pytał Witolda Ptaka o najstraszniejszą rzecz, z jaką spotkał się w pracy, on za każdym razem relacjonował tę samą historię.

Opowiadał o tym, jak jednego ze swoich pierwszych dni w policji, na początku lat dziewięćdziesiątych, wraz z partnerem Władysławem Górą, dobijającym pięćdziesiątki grubasem z esbecką przeszłością, wylądował w niedawno wybudowanym bloku na Teofilowie. Wszystko było w nim nowe: począwszy od domofonu przez śnieżnobiałą klatkę schodową, w której nadal pachniało farbą, na drzwiach antywłamaniowych skończywszy. Nawet mieszkańcy bloku wydawali się zupełnie nieużywani. Idealny obraz psuł jedynie zamek w drzwiach do mieszkania pod trójką, który wyglądał jak po interwencji domorosłego MacGyvera.

Opowiadając tę historię, Witold zawsze podkreślał, że gdy weszli do środka, omal nie podeptali zwłok. Mężczyzna, którego ciało blokowało wejście do mieszkania, miał na sobie białą koszulę, zaprasowane w kant spodnie i nienaganną fryzurę. W zasadzie od razu można było go kłaść do trumny. Podobnie jak jego żonę. Leżała kilka metrów dalej, ubrana w elegancką garsonkę, czarne rajstopy i buty na obcasie. Z jedną ręką wyciągniętą wzdłuż tułowia, a drugą uniesioną nad głową, przypominała kraulistkę. Natomiast w pokoju, do którego wstępu broniła drewniana kotara, znajdowało się ich dziecko. Maleńkie, najwyżej kilkutygodniowe. Do tego stopnia jeszcze nieukształtowane, że Witold i Góra nie potrafili określić jego płci. Wiedzieli tylko, że nie oddycha. Najprawdopodobniej od dawna.

Ale to nie ciała, na które natrafili w mieszkaniu, były w tym wszystkim najgorsze. Nie to, że po przepracowaniu zaledwie kilku tygodni w policji natknął się na martwego noworodka, największy koszmar każdego policjanta. Najgorsze było to, że mieszkanie wydawało się sterylne. Nie unosił się w nim fetor rozkładających się zwłok, fekaliów i Bóg wie czego jeszcze, tylko owocowy zapach środków czyszczących. Meble i podłogi pachniały cytrynowym płynem do mycia drewna, a łazienkę wypełniała intensywna woń kostek zapachowych.

Stojące na szafce buty były nawoskowane czarną pastą. Wszystkie ubrania leżały na dnie szafy w identycznych kupkach, jak gdyby miały zaświadczyć o czyjejś pedantycznej dewiacji. Ale najgorszy był salon. To tam, w jego centralnym punkcie, znajdowało się kilkanaście fotografii noworodka, oprawionych w jednakowe białe ramki i w równych odstępach zawieszonych na ścianie. Kiedy jednak Witold stał w przedpokoju mieszkania na Próchnika i ściskał w zębach niezapalonego papierosa, nie był pewien, czy nadal będzie opowiadał tę historię. Bo właśnie zdobył lepszą.

– Telefon.

– Co?

Magda Giętka wycelowała w Witolda palcem.

– Telefon ci dzwoni. Odbierz.

Jej słowa dotarły do niego z dużym opóźnieniem. W końcu zdjął lateksowe rękawiczki, rozsunął suwak papierowego kombinezonu ochronnego, który musiał na siebie założyć, żeby móc obejrzeć miejsce zbrodni, i zanurkował do kieszeni. Przez dobre kilka sekund wpatrywał się w wyświetlacz telefonu. Przez kilka kolejnych obracał trzymanego w ustach papierosa, bezmyślnie wpatrując się w Magdę. Był blady. Bardziej niż ściany mieszkania na Teofilowie, do którego przed laty wparował z tłustym esbekiem, aby podziwiać efekty rozszerzonego samobójstwa.

– Aż tak źle? – zapytała Magda, która w pośpiechu wciskała się w kombinezon. – Gorzej. Witold wyciągnął w końcu papierosa z ust. Ścisnął go w dłoni.

– Nie wchodź tam – powiedział.

– Muszę. Taka praca. Poza tym nieźle się nakombinowałam, żeby ubrać się w to cholerstwo.

Witold wyciągnął rękę. Zagrodził Magdzie drogę.

– Kiedyś mi za to podziękujesz – powiedział. Magda zatrzymała się i spojrzała na niego. Nie żartował. Ale ona też nie. Chwyciła jego rękę i powoli ją opuściła.

– Nie będę musiała. A przynajmniej nie za to.

Tomek Kawęcki długo gmerał w kieszeniach spodni. W końcu wyciągnął z jednej garść papierków, parę monet, banderolę po wódce i kilka połamanych, sypiących tytoniem papierosów. W drugiej znalazł jedynie puste pudełko po zapałkach i dziurę, przez którą musiała się ulotnić większość zawartości.

– Masz ogień? – wycharczał, po raz pierwszy od wielu godzin wydobywając głos z gardła.

– Tu nie wolno palić. Policjant popatrzył na pryszczatą twarz nastolatka przypiętą do zbyt dużej głowy, którą z trudem utrzymywało wątłe ciało.

– Przecież to nie twój samochód.

– Skąd wiesz?

– Widziałeś kiedyś faceta, który we własnym samochodzie siedziałby na miejscu pasażera?

Kawęcki obnażył udawaną pewność siebie chłopaka. Małolat niemal zapadł się w sobie.

– Tym samochodem jeździ kobieta. Mężczyźni nie wieszają misiów pod lusterkami i nie przypinają futrzanych breloków do kluczyków. Chyba że są pedałami.

– Kawęcki uchwycił w lusterku wzrok chłopaka.

– Jesteś pedałem?

– Nie jestem.

– A mówisz i wyglądasz jak pedał.

Małolat milczał, bojąc się cokolwiek powiedzieć. Miał pilnować cywilizowanego człowieka z problemem alkoholowym. Niegroźnego i małomównego. Tymczasem wpatrywał się w niego agresywny brudas przypominający narkomana na głodzie. Można było się po nim spodziewać okropnych rzeczy. Również tego, że za chwilę się na niego rzuci i rozłupie mu głowę o kierownicę. Zastanawiał się, czy Witold nie wrobił go w pilnowanie jakiegoś przestępcy.

– Ile masz lat? – zapytał Kawęcki.

– Dziewiętnaście.

– Niewykluczone, że jeszcze nie jesteś świadomy swojej orientacji. Chłopaki w twoim wieku, zamiast rozmawiać, obrzucają się gównem. Wyzywają się od ciot i wyliczają, kogo i ile razy dymali Murzyni. Nakręcają się wzajemnie, tworząc środowisko, w którym posuwający się faceci uchodzą za największych zwyrodnialców. Może się okazać, że odrzucasz swój homoseksualizm podświadomie, byle nie być zgnojonym przez otoczenie.

– Nie jestem pedałem! Podnosząc głos, chłopak odzyskał pewność siebie.

Witold by mi tego nie zrobił, pomyślał. Nie zostawiłby mnie z jakimś pieprzonym zbirem.

– Nieważne. Mówisz, że nie palisz?

– Nie.

– A potrafisz uruchomić zapalniczkę samochodową?

– Tu nie ma zapalniczki.

– A co jest?

– Transmiter.

– Co?

– Transmiter. Można do niego podłączyć pendrive’a lub kartę SD. To CQ-118, jeden z najtańszych transmiterów na rynku. Obniża jakość dźwięku, generuje szumy i trudno go wyregulować.

Dokąd idziesz?

Tomek Kawęcki uchylił drzwi i zaczął przesuwać zbolałe ciało w stronę wyjścia. W głębokim poważaniu miał parametry urządzenia, które bezprawnie zajęło miejsce zapalniczki samochodowej. Interesowało go jedynie, jak zdobyć ogień.

Kiedy wydostał się z pojazdu, nie żałował trudu, jaki go to kosztowało. Późne promienie słoneczne przebijały się przez chmury, rozświetlały betonowy parking i tłumiły typową późnozimową ponurość. Przypomniał sobie studenckie czasy, kiedy we wczesnych godzinach porannych przedzierał się przez centrum miasta. Zamroczony alkoholem, chłonął pierwsze symptomy wiosny. Lubił nietrzeźwość. Stan beztroski, pogardy dla lęków i przeciwności losu, spychania w odmęty świadomości obaw o teraźniejszość i przyszłość. Dlatego żałował, że od kilku lat tak rzadko bywał wstawiony. Że od niezachwianej trzeźwości przechodził od razu do stanu podłego i posępnego upojenia. Że tak gwałtownie zatapiał się w rynsztokową rzeczywistość.

– Masz ogień? – zaczepił jednego z dwóch siedzących na chodniku meneli. Obdartus pokręcił głową, co nie musiało oznaczać, że nie ma ognia. Mógł po prostu nie zrozumieć pytania.

– A ty? – zapytał Kawęcki drugiego męta.

– Może mam, a co? – wychrypiał tamten głosem zwiastującym raka krtani.

– Chciałem ci zaproponować układ. Dasz mi ogień, a ja dam wam po papierosie.

Kawęcki pochylił się, z trudem utrzymując równowagę, i pokazał parze bezdomnych zawartość swojej dłoni. Menele zerknęli zachłannie na wymięte kawałki papierosów i szybko porozumieli się spojrzeniami. Jeden z nich zanurkował do kieszeni i wyjął pudełko zapałek.

– Dawaj – powiedział.

Obaj bezdomni i policjant rozsiedli się na murku i w milczeniu palili coś, co kiedyś musiało być papierosami. Na pierwszy rzut oka wyglądali na ludzi tego samego sortu, fabrycznie uszkodzonych i skazanych na błyskawiczną eksploatację. Różnili się tylko sposobem palenia. Bezdomni zaciągali się zachłannie, co rusz pokasłując i spluwając wpadającymi im do ust drobinami tytoniu. Kawęcki palił wolniej, z namaszczeniem wciągając dym w płuca i powoli go wypuszczając. Przypominał arystokratę, który przypadkiem trafił na ulicę.

W pewnym momencie na ramieniu Kawęckiego wylądowała ciężka ręka i pociągnęła go za sobą. Zanim się zorientował, co się stało, ponownie znalazł się na tylnym siedzeniu auta, z nowym guzem na głowie. Tyle że tym razem w towarzystwie rozwścieczonego Witolda Ptaka.

– Co ty, kurwa, wyprawiasz! – pieklił się Witold.

Zacisnął pięść i złożył się do uderzenia, ale nie wyprowadził ciosu. Rozprostował palce, a po chwili zacisnął je ponownie na zagłówku fotela. Jeszcze długo po tym, jak go puścił, widniały na nim deformacje spowodowane przez jego stalowy uścisk.

– Masz w ogóle pojęcie, co się stało?

– Zgubiłem papierosa. Podejrzewam, że jesteś za to przynajmniej częściowo odpowiedzialny.

– Nie zgrywaj się. Pamiętasz cokolwiek?

Kawęcki skrzywił się w głupkowatym uśmiechu.

– Jaka jest ostatnia rzecz, którą pamiętasz?

– „Kiedy wypijam ostatni kieliszek, wtedy piję tym bardziej, ponieważ ostatniego kieliszka nie wypiłem nigdy” – wybełkotał w afektowany sposób Kawęcki. Witold opuścił szybę i zapalił papierosa.

– Tu nie wolno palić. – Małolat wciąż zasiadał na przednim siedzeniu, przysłuchując się mężczyznom, którzy zapomnieli o jego obecności.

– Wyjdź, proszę, zanim dam ci w łeb za to, że pozwoliłeś mu wysiąść – powiedział Witold, rzucając chłopakowi ukradkowe spojrzenie spod pomarszczonego czoła. Małolat błyskawicznie ulotnił się z auta.

– Nie chcesz być poważny? Nie szkodzi. Ja będę. Opowiem ci, co się stało. Nie będzie to jednak historia o tobie. Opowiem ci o dziewczynie, której poćwiartowane ciało właśnie widziałem. Witold osiągnął swój cel. Z twarzy Kawęckiego zaczął się zsuwać irytujący uśmiech.

– Kilkaset metrów stąd, w kamienicy na Próchnika, znaleźliśmy martwą kobietę. Ktoś ją zaszlachtował. Choć nie wiem, czy „zaszlachtował” to odpowiednie słowo – powiedział Witold. – Jej ciało było w kawałkach. Kilkunastu. Ktoś porąbał ją siekierą. Kawęcki milczał. Jego obolała głowa wolno przetwarzała przyswojone przed chwilą informacje.

– Daj mi papierosa – poprosił po chwili.

– Nie, nie będziesz teraz palić. Za półtorej godziny ma się odbyć konferencja prasowa. Po niej mamy zebranie, na którym Szczebiot uformuje grupę śledczą. Spróbuję je przesunąć, a ty doprowadzisz się do porządku. W bagażniku masz czyste ubrania i przybory kosmetyczne. Odśwież się i przebierz. Kup sobie coś do jedzenia. W drodze na komendę opowiem ci, co wiadomo o zabójstwie.

– Nie chcesz być poważny? Nie szkodzi. Ja będę. Opowiem ci, co się stało. Nie będzie to jednak historia o tobie. Opowiem ci o dziewczynie, której poćwiartowane ciało właśnie widziałem. Witold osiągnął swój cel. Z twarzy Kawęckiego zaczął się zsuwać irytujący uśmiech.

– Jak się nazywa ta kobieta?

– Martyna Bułecka.

Tomek Kawęcki skinął powoli głową i wyciągnął rękę po banknot, który Witold wydobył z portfela.

– Jesteś mi winny pięćdziesiąt złotych, które zapłaciłem temu gówniarzowi, żeby cię pilnował. I dwadzieścia złotych, które daję ci teraz. Oraz flaszkę, za fatygę. Ale jeśli kupisz za te pieniądze wódkę zamiast jedzenia, nie będziesz musiał mi nic oddawać, ponieważ urwę ci łeb. Rozumiesz?

– Kupię papierosy i wodę.

– Nie kupuj szlugów – powiedział Witold, wyrzucając przez okno wypalonego do połowy papierosa.

– Nie słyszałeś młodego? Tu się nie pali.

– A czyj to samochód?

– Magdy. Zacznij się do niego przyzwyczajać.

Menedżer powinien delegować zadania i efektywnie rozdzielać pracę. Menedżer powinien umiejętnie zarządzać czasem, zarówno swoim, jak i pracowników, którzy mu podlegają.

Menedżer powinien ufać podwładnym.

Mariusz Szczebiot wściekał się, przypominając sobie teorie, które zapamiętał z jednej z wielu książek dotyczących zarządzania i przywództwa. Zaczytywał się w nich od kilku miesięcy, choć właściwie nie wiedział, czy ma to jakikolwiek sens. Z każdą książką nabierał przekonania, że piszą je niekompetentni cwaniacy nastawieni na łatwy zarobek. Wypisują rady coachów i ekspertów od zarządzania, które ich zdaniem mają uniwersalne zastosowanie. Tymczasem, jak uważał Szczebiot, żadna rada nie może go mieć, ponieważ wszędzie tam, gdzie czynnik ludzki odgrywa choćby minimalną rolę, teorie biorą w łeb. A rzeczywistość zawsze przynosi rezultat gorszy od spodziewanego.

Dlatego w życiu Mariusz Szczebiot uznawał tylko dwie teorie, których nie znalazłby w żadnym menedżerskim podręczniku: Jeśli chcesz, żeby coś zostało zrobione dobrze, zrób to sam. I nigdy nie ufaj ludziom.

Naczelnik Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji dreptał po korytarzu, nerwowo zerkając w kierunku schodzących się do budynku dziennikarzy. Co kilkanaście sekund przyciskał do ucha telefon, a następnie, zdenerwowany, wpychał go z powrotem do kieszeni. Konwulsyjnie poprawiał swoją nienaganną fryzurę – krótko ostrzyżone czarne włosy z niewielką, lekko podniesioną grzywką – i strzepywał niewidzialne okruchy z munduru. Nie miał pojęcia, co zrobić z rękoma, które zdawały się służyć mu wyłącznie do ściągania spojrzeń zdezorientowanych kolegów.

Już nawet nie łudził się, że podczas konferencji prasowej zdoła zapanować nad stresem. Miał jedynie nadzieję, że przed tą bandą żądnych sensacji pajaców nie skompromituje się do reszty. Kiedy zobaczył na korytarzu Witolda Ptaka, momentalnie ruszył w jego stronę. Wskazał mu palcem puste pomieszczenie, w końcu znajdując jakieś zastosowanie dla swoich rąk. Będąc już poza zasięgiem wzroku pozostałych policjantów, wręczył Witoldowi zadrukowaną do połowy i złożoną we czworo kartkę.

– To jest treść komunikatu, który przedstawimy mediom – oznajmił. Witold rozłożył kartkę i szybko przebiegł ją wzrokiem.

– Poważnie?

– Tak.

– Ale przecież tu nie ma żadnych informacji. Niczego się nie dowiedzą.

– A czy zależy nam, żeby dużo wiedzieli? Jeśli ludzie się dowiedzą, że jakiś psychopata zaszlachtował atrakcyjną dziewczynę, zlecą się sępy i zaczną dziobać. Przez kilka dni będą nas zamęczać wszystkie ogólnokrajowe telewizje. A to sprawi, że góra zacznie jeszcze mocniej naciskać, żebyśmy szybko rozwiązali sprawę. Tego nie chcemy. To znaczy chcemy szybko rozwiązać sprawę, ale nie chcemy, by wywierano na nas nacisk.

Szczebiot zrobił kilka kroków w miejscu, po czym poluzował krawat. Pocił się, jakby był na bieżni.

– Jesteś pewien, że to dobra strategia?

– Gdybyśmy wszystko dali im od razu, toby nas rozszarpali. Dlatego musimy dozować wiedzę. Codziennie będziemy podrzucać strzępy informacji, powoli oswajając ich z tym, co się wydarzyło. Rozumiesz?

Witold wsparł się pod boki i głośno sapnął, okazując w ten sposób dezaprobatę wobec władczego tonu szefa. Niektórzy w wydziale mówili, że Szczebiotowi nie służy władza, którą dostał wraz z objęciem funkcji naczelnika. Sprawiła, że stał się arogancki, nieuprzejmy, nieufny i z jakiegoś powodu przekonany o swojej wyższości nad niedawnymi kolegami, często starszymi od niego. Inni twierdzili, że zawsze taki był. Tyle że ukrywał to pod fasadą nieszczerego uśmiechu i poufałego klepania po plecach. Witold zaliczał się do tych drugich.

– Widziałeś kiedyś coś podobnego? – zapytał Szczebiot, próbując zmienić temat. – To nieludzkie. Ten pokój wyglądał jak ubojnia.

– Wiem, jak wyglądał – odburknął Witold. – Właśnie próbuję wyrzucić ten widok z pamięci.

– Czy mamy DNA sprawcy?

– Prawdopodobnie tak.

– Prawdopodobnie?

– Musimy poczekać na analizę nasienia znalezionego w pochwie ofiary. Nie zdziwiłbym się, gdyby w tym chaosie zostało zanieczyszczone czymś, co nie pozwoli dokonać odczytu.

Naczelnik ze zrozumieniem pokiwał głową, po czym zerknął na zegarek. Do rozpoczęcia konferencji zostało piętnaście minut. Czuł, że coraz mocniej pocą mu się dłonie.

– Gdzie jest Kawęcki? – zapytał.

– Trudno powiedzieć – odparł Witold. – Ostatni raz widziałem go godzinę temu.

– Dlaczego nie było go na miejscu zbrodni?

– Był, ale ulotnił się, zanim przyjechałeś. Już ci to mówiłem.

– Mówiłeś też, że pojechał coś sprawdzić. Coś, co nie może czekać. I nie powiedział, co to takiego?

– Nie.

– A ty nie byłeś na tyle ciekawy, żeby go o to zapytać?

– Wiem, kiedy nie warto zadawać mu pytań.

Witold włożył ręce do kieszeni i wymacał palcami wygniecioną paczkę papierosów. Miał ochotę zapalić. Najlepiej dwa naraz. Tak, by każde zaciągnięcie raniło jego płuca i wyżerało wszystko, co znajduje się na drodze łączącej je z ustami. Wiedział, że Szczebiot przejrzał jego kłamstwa i że z trudem się powstrzymuje, by mu tego nie wygarnąć.

– Znowu zaczął chlać? – zapytał naczelnik.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Witold przypomniał sobie, jak kilka godzin wcześniej trzymał głowę Kawęckiego, żeby nie zakrztusił się rzygami. Jak wpychał jego bezwładne ciało na tylne siedzenie samochodu.

– Dzisiaj wydawał się trzeźwy – dodał.

Szczebiot ponownie zerknął na zegarek. Dwanaście minut. Nie miał czasu martwić się ewentualną kompromitacją podwładnego, kiedy wielkimi krokami zbliżała się jego własna.

– Dopilnuj, żeby przyszedł na jutrzejszą odprawę. Trzeźwy. W przeciwnym razie wykluczę go ze śledztwa. Może tak byłoby lepiej, pomyślał Witold, kierując się do wyjścia.

Tomek Kawęcki patrzył, jak pod jego stopy spływa mocz ściekający z tylnej ściany nieczynnego kiosku. Zapiął rozporek, mocując się z guzikami. Schylił się po stojącą obok powstałej właśnie kałuży puszkę piwa i opróżnił ją kilkoma haustami. Beknął, uwalniając smród strawionego alkoholu i taniej zapiekanki, którą zjadł kilka minut wcześniej.

Po raz pierwszy tego dnia mógł powiedzieć, że czuje się przyzwoicie. A przynajmniej nie tak, jakby pod wpływem najdrobniejszego ruchu miał się rozpaść na kawałki. Zapalił papierosa. Z kieszeni lekkiej wiosennej kurtki, której nie widział od przynajmniej kilku lat i nie pamiętał, w jaki sposób znalazła się na jego grzbiecie, wyciągnął telefon z popękanym wyświetlaczem. Miał siedemnaście nieodebranych połączeń, większość od Magdy i Szczebiota. Otrzymał też jednego esemesa. Od Witolda.

Próbowałem przekonać Szczebiota, że pojechałeś sprawdzić coś, co ma związek ze sprawą. Nie uwierzył mi. Odprawa rozpoczyna się o ósmej. Przeczytaj raport, który Ci wysłałem, i przyjdź na nią przygotowany. A przede wszystkim zacznij odbierać ten jebany telefon.

Kawęcki rzucił niedopałek pod nogi. Włożył do ust gumę do żucia i zaczął ją energicznie przeżuwać. Obmacał kieszenie, upewniając się, że ma odznakę i dokumenty, po czym ruszył w kierunku ulicy Próchnika.

Kamienica niczym się nie wyróżniała. Przed laty wraz z sąsiadującymi z nią budynkami musiała stanowić bardzo atrakcyjną lokalizację w tętniącej rytmem robotniczego życia Łodzi. Usytuowana była zaledwie kilkaset metrów od Piotrkowskiej, towarzyskiego i kulturalnego centrum miasta, nieopodal zakładów włókienniczych i wystawnych domów wielkich fabrykantów. Ale ślady świetności tego miejsca zostały skutecznie zatarte. Zmył je kryzys i upadek przemysłu włókienniczego. Resztę zadeptali dawni robotnicy, biedujący, głodni, częściej wybierający się do monopolowego niż do pracy. Gustowne elewacje niszczały, a jedyne zabiegi renowacyjne prowadzili młodzi gniewni, szalikowcy albo zwykli dresiarze, zostawiając na ścianach bezmyślne bazgroły lub odciski butów. Na niegdyś urokliwych balkonikach dziś wisiały sprane prześcieradła, postrzępione obrusy i podarte portki.

Policjanci znali takie miejsca zbyt dobrze. To tu byli wzywani przez mieszkańców zaniepokojonych odgłosami dochodzącymi zza ścian. Zazwyczaj przyjeżdżali do awantur domowych, mężów tłukących żony, konkubentów gwałcących konkubiny albo pozwalających na to innym w zamian za pieniądze. Przyjeżdżali do mężczyzn i kobiet trzymających papierosy w dziurach pomiędzy połamanymi zębami, spluwających i smarkających na podłogę. Do humanoidalnych stworów, którym ewolucja wyrządziła psikusa, w równym stopniu upodabniających się do ludzi, jak do wstrętnych elewacji budynków, w których przyszło im dogorywać.

Ale oprócz nich w tego typu budynkach mieszkali młodzi łodzianie i przyjezdni z pobliskich wsi. Zazwyczaj bardziej zagubieni od lokalnych mętów. A przy tym piekielnie zdolni. Zawieszeni między Akademią Muzyczną, filmówką i Akademią Sztuk Pięknych. Podróżujący po świecie, znający języki obce, rozsmakowani w kulturze. Z premedytacją przedkładający złożoność nad prostotę. Celowo wynajmowali jamy w takich kamienicach, ponieważ chcieli żyć blisko centrum, miejscowego elementu i miejskiego folkloru. W gnijącym sercu miasta odnajdywali piękno, które kryło się głęboko pod powłoką kurzu, brudu i marazmu.

Być może dwudziestoczteroletnia Martyna Bułecka była jedną ze zbłąkanych dusz, które w łódzkim piekle szukały sensu życia, a znalazły niewyobrażalne cierpienie. Tego Tomek Kawęcki zamierzał się dowiedzieć. Na razie znał tylko jej imię, nazwisko i adres.

W gnijącym sercu miasta odnajdywali piękno, które kryło się głęboko pod powłoką kurzu, brudu i marazmu.

Budynek, w którym mieszkała ofiara, opustoszał dopiero kilkanaście minut po północy. Wtedy pracę zakończyli lekarz medycyny sądowej, policyjni technicy i funkcjonariusze, którzy przez kilka godzin przesłuchiwali sąsiadów i potencjalnych świadków. Przed kamienicą kręcił się jeden policjant. Maszerował w tę i z powrotem, robiąc, co tylko się da, żeby zbytnio nie zmarznąć. Kawęcki machnął mu przed nosem legitymacją policyjną i pewnym krokiem wszedł do budynku.

Martyna Bułecka wynajmowała mieszkanie na ostatnim, czwartym piętrze kamienicy. Prowadziły do niego betonowe schody i szerokie korytarze, w których dobrze niósł się dźwięk. Sąsiedzi musieli wyraźnie słyszeć wszystkie stąpnięcia, kaszlnięcia i krzyki, zwłaszcza że drewniane drzwi broniące dostępu do większości mieszkań nie wyglądały na dźwiękoszczelne. To samo tyczyło się wejścia do lokum Martyny Bułeckiej, przed którym rozpościerała się biało-niebieska taśma odgradzająca z napisem POLICJA, który niemal zlewał się z bliźniaczym nadrukiem na kamizelce siedzącego obok policjanta.

– Komisarz Tomasz Kawęcki.

Młody policjant rzucił mu podejrzliwe spojrzenie, a potem przyjrzał się jego legitymacji policyjnej. Szukał podobieństw między człowiekiem ze zdjęcia a wrakiem mężczyzny, który się przed nim zameldował.

– To zdjęcie sprzed kilku lat. Tutaj bardziej przypominam siebie. – Kawęcki podał policjantowi dowód osobisty. – Czas nie jest dla mnie łaskawy – powiedział.

Policjant przeniósł wzrok na listę osób uprawnionych do wejścia do mieszkania. W końcu oddał Kawęckiemu legitymację i dowód, a z obszernej torby wydobył kombinezon ochronny.

– Proszę to założyć, komisarzu. Technicy nie zdążyli zająć się dzisiaj wszystkim. Dokończą jutro.

– A co już zrobili?

– Na pewno zabrali zwłoki.

Kawęcki wciskał się w papierowy strój, starając się wykonywać jak najmniej ruchów, aby nie rozpylać fetoru swojego ciała. Młody policjant przyglądał mu się uważnie, zastanawiając się, czy wpuściwszy pijanego komisarza na miejsce zbrodni, zasłużył na większy gniew przełożonych, niż gdyby zabronił mu tam wstępu.

– Będzie mi to potrzebne? – zapytał Kawęcki, wskazując na opakowanie maści mentolowej, które leżało w torbie.

– Jeżeli przeszkadza panu zapach krwi, to tak.

– Uwielbiam go. Zwłaszcza o poranku.

Młody odpowiedział mu wymuszonym uśmiechem, podając listę do podpisania. Potem zszedł na półpiętro. Kawęcki wszedł do mieszkania, schylając się pod policyjną taśmą, i zapalił światło.

Kiedy tylko znalazł się w środku, w nozdrza uderzyła go charakterystyczna metaliczna woń. Rozejrzał się po przedpokoju, starając się nie zaglądać do pomieszczenia, w którym, jak wywnioskował z rozstawu policyjnych oznaczeń, jeszcze niedawno znajdowały się zwłoki. Najpierw jego uwagę przykuła okrągła plama na zniszczonej brązowej wykładzinie, prawdopodobnie po wymiocinach, a potem stojąca przy drzwiach wejściowych szafka na buty, na której równo ustawiono cztery pary damskich pantofli. Podniósł pierwszą z nich i przyjrzał się podeszwom. Były czyste. Czyste letnie buty pod koniec mroźnej zimy. A nad nimi pusty wieszak na kurtki i opróżniona z ubrań szafa.

Patrząc przed siebie, Kawęcki ruszył w głąb wąskiego przedpokoju. Mieszkanie nie było duże, najwyżej trzydziestokilkumetrowe, za to wysokie, jak w większości łódzkich kamienic. Wyremontowane i odświeżone mogłoby wyglądać ładnie, ale najwyraźniej nikt w nie od lat nie inwestował. Mimo to wydawało się wyjątkowo zadbane. Nic nie wskazywało na to, że parę godzin wcześniej przewinęło się przez nie kilkanaście osób w kombinezonach ochronnych. To znak, że technicy i policjanci dobrze wykonali swoją pracę.

Na końcu mieszkania znajdowało się małe kwadratowe pomieszczenie, zapewne należące do współlokatorki zamordowanej dziewczyny. Zdecydowanie różniło się od przedpokoju. Pełno w nim było drobiazgów i szpargałów, gęsto poupychanych w szafkach i zajmujących większość jednego biurka. Drugie, dostawione obok, było puste. Na niedokładnie zasłanym łóżku leżała sterta ubrań oraz pościel. Obok niego stała niedomknięta szafa. Gdy Kawęcki rozsunął drzwi, wysypało się z niej kilka par czarnych kozaków i parę kurtek. Pewnie zawartość wieszaków i szafki z przedpokoju. Na parapecie ledwo mieściły się doniczki z różnokolorowymi kwiatami.

Wrócił na korytarz i zajrzał do łazienki. Gdy włączył światło, zobaczył idealnie wysprzątane pomieszczenie. Pochylił się, żeby podnieść klapę toalety. Poczuł silny chemiczny zapach cytrynowego detergentu. Następnie przyjrzał się uważnie odpływom w zlewie i w wannie. Nie dostrzegł ani jednego włosa. Podobne oględziny przeprowadził w kuchni. Potwierdziły jego przypuszczenia: mieszkanie było idealnie wysprzątane. Nienaturalnie czyste. Żaden, nawet najbardziej pedantyczny domownik nie byłby w stanie utrzymać w nim takiego porządku. Wyjątek stanowił jedynie mały kwadratowy pokój.

Oraz pomieszczenie, które Kawęcki zostawił sobie na koniec. Zabójca najwidoczniej chciał dać wszystkim do zrozumienia, gdzie dokonał zbrodni. A właściwie – gdzie stworzył swoje dzieło. Widząc zalane krwią ściany, pokryte niezliczonymi czerwonymi plamami o najróżniejszych kształtach, Kawęcki miał wrażenie, że ogląda obraz abstrakcjonisty, który wnętrze niewielkiej podłużnej izdebki potraktował jak płótno.

Na rozłożonej kanapie, jedynym meblu w pomieszczeniu, nie licząc przymocowanej do sufitu lampy, artysta zostawił ślady swojego pędzla. Stara wersalka była połamana w kilku miejscach, w innych przecinały ją głębokie nacięcia. Na Kawęckiego spoglądało jej puste wnętrze, które roiło się od krwawych plam przypominających niepożądane, choć nieszkodzące dziełu zacieki. Brakowało tylko bohaterki portretu. Wymknęła się z obrazu w kilkunastu plastikowych torbach. Powinienem być pieprzonym krytykiem sztuki, a nie śledczym, pomyślał Kawęcki. Odruchowo sięgnął do kieszeni, ale strój ochronny zagrodził mu dostęp do papierosów. Zaklął pod nosem i pospiesznie wyszedł z mieszkania.

Zabójca najwidoczniej chciał dać wszystkim do zrozumienia, gdzie dokonał zbrodni. A właściwie – gdzie stworzył swoje dzieło.

– I jak, dowiedział się pan czegoś? – zagadnął go młody policjant.

– Tylko tego, że nie lubię malarstwa.

Kawęcki ściągnął kombinezon, rzucił go w kąt i bez pożegnania opuścił budynek. Zapalił papierosa i mocno się nim zaciągnął. Wszedł do pierwszej napotkanej bramy, oparł się o mur i sięgnął po telefon. Uruchomił transfer danych i otworzył skrzynkę pocztową.

Spośród kilku otrzymanych tego dnia wiadomości tylko jedna miała dla niego jakąkolwiek wartość – ta od Witolda, zatytułowana „Martyna.Bułecka_raport”. Kawęcki otworzył plik i zjechał na dół dokumentu, pomijając notatkę policyjną. Skoncentrował się na zdjęciach ofiary. Rozdygotane palce sunęły po ekranie, co chwila ujawniając przerażające szczegóły zbrodni. Policyjny fotograf wyodrębnił każdą część ciała, która została oderwana od tułowia denatki: począwszy od pojedynczych fragmentów palców, a skończywszy na głowie, z piękną twarzą młodej kobiety. Ofiara miała duże piwne oczy, wypielęgnowane brwi i wyraziste usta. Krew lepiła się do jej długich jasnych włosów.

Kawęcki wrócił do notatki. Dowiedział się z niej, że Martyna Bułecka została przywiązana do rozłożonej wersalki, zgwałcona, o czym miały świadczyć zaschnięte ślady spermy na jej udach, a następnie poćwiartowana.

Sprawca prawdopodobnie najpierw okaleczył jej narządy płciowe, potem zaś rozkawałkował ciało, rozrzucając jego części po pokoju niczym niepasujące do siebie puzzle.

Pierwszą osobą, która ujrzała tę makabrę, była Weronika Tarnawska, współlokatorka Bułeckiej. Gdy tylko to zobaczyła, zwymiotowała. Kawęcki przypomniał sobie okrągłą plamę na wykładzinie. Zastanowił się, czy to dzieło Tarnawskiej, czy któregoś z policjantów. Zgasił papierosa pod butem i wybrał numer Witolda.

– Czy wiesz, która jest godzina? Witold był zły, ale nie zaspany. Po tym, co zobaczył, zapewne nie mógł usnąć.

– Mniej więcej.

– Czego chcesz?

– Byłem na miejscu zbrodni.

– I co w związku z tym?

– Nic. Po prostu uznałem, że powinieneś wiedzieć.

– To twój zasrany obowiązek. Nie mogę się z tego powodu cieszyć.

– Nie dzwonię, żeby cię uszczęśliwić. Chcę, żebyś po mnie jutro przyjechał. Nie dotrę na komendę o własnych siłach.

Kawęcki rozłączył się, zanim Witold zdążył zaprotestować. Schował telefon do kieszeni i wyciągnął kolejnego papierosa. Zapalił go, po czym sięgnął do górnej kieszeni kurtki, w której schował dwustumililitrową butelkę czystej wódki. Opróżnił ją w dwóch krótkich podejściach i roztrzaskał flaszkę o beton. Ruszył przed siebie. Zatrzymał się na skrzyżowaniu Próchnika z Zachodnią. Spojrzał na rozświetlony szyld sklepu monopolowego. Ciężko westchnął. Po długim namyśle ruszył w przeciwną stronę. W stronę Radogoszcza. W stronę domu.

2

Jakuba Możejkę przeszył smutek. Ten rodzaj smutku, którego źródło trudno zlokalizować. Na moment rzucający cień na wszystko, co znajduje się wokół. Wysysający z życia cały sens, podający w wątpliwość prawdy, które uznawało się za obiektywne i niepodważalne. Sprawiający, że każda wizja kolejnych minut, dni, tygodni czy lat, które dopiero mają nadejść, wydaje się nieprzyjemna.

Tego typu uczucie nękało go od czasu do czasu. Zazwyczaj tuż po orgazmie. Przez dłuższą chwilę siedział na skraju łóżka, głośno dysząc. Ze splecionymi rękoma opartymi na kolanach, lekko zgarbiony. Zdawało mu się, że słyszy jedynie bicie swojego serca, mocne i przyspieszone. Jakby wokół niego nic się nie działo. Jakby jego świat kończył się tam, gdzie zaczyna się powłoka okalająca rozgrzane, spocone ciało. Z odrętwienia wyrwał go damski głos, który próbował przebić się przez tę powłokę.

– Co mówisz? – zapytał Możejko.

– Ty pieprzony dupku! Kobieta chciała powiedzieć, a właściwie wykrzyczeć, coś jeszcze, ale powstrzymał ją kaszel. Zakryła usta dłońmi i zaczęła wściekle się miotać, jakby za chwilę miała wypluć płuca. Na jej zaczerwienionej twarzy pojawił się ból.

– Ty cholerny gnoju! – warknęła i wytarła chusteczką obślinione usta. – Co to miało być?

Możejko zostawił swój smutek za sobą i wrócił do rzeczywistości. Nie rozumiał, skąd wzięła się wściekłość dziewczyny. Zrobili to, na co się umawiali, bez jakichkolwiek odstępstw od planu, bez udziwnień. A jednocześnie było inaczej niż zazwyczaj. Nie tak, jak to sobie wyobrażał. Nie chodziło jednak o samą fizyczność, ale o to, co tkwiło w jego głowie. A było to coś, co nie miało żadnego związku z kaszlącą dziewczyną.

– O co ci chodzi? – zapytał, spodziewając się ataku.

– O co mi chodzi? O gówno! Pieprzony zboczeniec. Nie potrafisz nad sobą panować, co?

Zaczęła ubierać się w pośpiechu. Drżącymi rękoma zapięła stanik i rzuciła Możejce pełne nienawiści spojrzenie, jedno z wielu, które dla niego szykowała.

Nie rozumiał, skąd wzięła się wściekłość dziewczyny. Zrobili to, na co się umawiali, bez jakichkolwiek odstępstw od planu, bez udziwnień.

– Mam pomysł. Zadzwonię do swoich znajomych, powiem im, jak się zachowałeś, a oni odpowiednio ci się za to odpłacą. Wiesz jak? Jeden zerżnie cię w dupę, a drugi wsadzi ci go do gęby tak głęboko, że się porzygasz. „Tak głęboko, że się porzygasz”. Możejko w końcu zrozumiał, co wydarzyło się kilka chwil wcześniej. Pojął, że się zagalopował. Nie wiedział tylko, dlaczego tak się stało.

– Przepraszam – powiedział. – Nie miałem pojęcia, że do tego doszło. Nie chciałem cię upokorzyć ani tym bardziej zrobić ci krzywdy.

– Ale zrobiłeś. I gówno mnie obchodzi, co sobie myślałeś!

Podniósł się z łóżka i włożył majtki. Spojrzał na podłogę, na której walały się chusteczki. Dziewczyny zwykle po sobie sprzątały, jakby nakazywał to obowiązujący w ich fachu savoir-vivre, ale w tym wypadku nie mógł na to liczyć. Wiedział, że jak tylko ona się ubierze i poprawi makijaż, gniewnie chwyci swoją tandetną różową torebkę i wyjdzie, a cały ten syf, z jego i jej wydzielinami, zostanie na podłodze.

– Jestem całkowicie winien tego, co się stało. Pozwól, że ci to wynagrodzę – powiedział, wyciągając portfel ze spodni przewieszonych przez oparcie krzesła. – Twoja wściekłość jest zupełnie uzasadniona, a ja nie mam nic na swoją obronę. Już cię przeprosiłem. Teraz mogę ci tylko za to zapłacić jak za dodatkową usługę.

– W dupę sobie wsadź te… – Ugryzła się w język. – Takich jak ty powinni leczyć albo trzymać w klatkach. Jesteście gorsi niż zwierzęta.

– Po tym, co zrobiłem, nie zamierzam z tobą polemizować.

– Pierdol się! – Sięgnęła po wyciągnięty w jej stronę banknot, wściekle wpatrując się w twarz Możejki, na której mimowolnie pojawił się szyderczy uśmiech. Kiedy rzucając ostatnie wyzwiska, trzaskała drzwiami, on był już w salonie, gdzie łapczywie pił wodę i drapał się po podbrzuszu. Dopiero gdy jego mieszkanie wypełniła cisza, zaczął sobie przypominać, co się wydarzyło przed paroma minutami. Bo choć kobieta słusznie miała mu za złe jego zachowanie, a jej brak wiary w jego dobre intencje był całkowicie uzasadniony, on naprawdę tego nie planował.

Umawiali się, że gdy będzie zbliżał się koniec, ona uklęknie i włoży go sobie do ust. Nie było mowy o tym, że złapie ją za włosy. Ani że przyciągnie do siebie. Ani że zacznie energicznie poruszać biodrami. Skłamał natomiast w innej kwestii. Nie uważał, żeby był w całości winien tego, co się stało. Zdecydowanie nie. Włożył koszulę, tę samą co wczoraj, i zamknął drzwi, które prostytutka niemal wyrwała z futryny.

Wrócił do salonu i włączył komputer. Zastanawiał się, czy powinien odpisać na zaległe maile, wziąć się za sprawdzanie grafomańskich wyczynów swoich studentów, czy może przejrzeć serwisy internetowe, aby uporządkować wiedzę na temat wydarzeń minionego weekendu. Wybrał opcję czwartą. Wszedł na stronę pornhub.com i w wyszukiwarce serwisu wpisał: facefuck cum in mouth blowjob pov. Spojrzał na zegarek. Była siódma dziesięć. Miał zatem piętnaście minut. Potem będzie musiał wyjść do pracy.

Dwie tabletki przeciwbólowe. Prysznic. Golenie. Kawa. Dużo kawy. O śniadaniu pomyśli później. Zresztą i tak nie miał go z czego zrobić.

Tomek Kawęcki dawno temu pogodził się z tym, że nie będzie się zdrowo odżywiać. Przystał na zjadane w pośpiechu kanapki, hamburgery, zapiekanki, kebaby. Czasem sajgonki lub panierowane piersi kurczaka, jeśli starczyło mu czasu na wizytę w azjatyckim barze. Nie gotował, bo nie potrafił. I nie miał ochoty się nauczyć. Warzyw i owoców unikał, ponieważ prowadziły jedynie do krótkotrwałego zaspokojenia głodu, stwarzały iluzję nasycenia. Jego organizm, przez który przetoczyły się już najdziwniejsze i najbardziej szkodliwe substancje tego świata, znosił niemal wszystko, ale nie lubił być oszukiwany.

Zła dieta nie była zresztą jego jedynym problemem. W zasadzie w natłoku różnorakich zmartwień pozostawała praktycznie niezauważona. Nie umywała się do najgorszych z nich. Tych, które go obłaziły, przylegały do ciała niczym larwy, a następnie wpełzały do środka przez najszczelniej chronione otwory, za każdym razem wyrządzając mu niewyobrażalną krzywdę.

Ból głowy zelżał na tyle, że Kawęcki był w stanie zaprowadzić w pokoju prowizoryczny porządek. Porozrzucane na podłodze ubrania zbił w jedną masę i cisnął do sąsiedniego pomieszczenia, opróżnione butelki wrzucił do worka na śmieci, a brudne szklanki wstawił do zlewu. Otworzył okno i wpuścił do zatęchłego lokum orzeźwiające chłodne powietrze. W mieszkaniu, które od dwóch lat było niemym obserwatorem jego upadku, pojawiły się dawno niewidziane ślady normalności. Mimo że nie golił się od mniej więcej tygodnia, jego twarzy nie pokrywała gęsta szczecina, tylko sterczące tu i tam kępki włosów. Szybko się ich pozbył. Pod przerzedzonym zarostem ukrywały się popękane naczynia, plamy, pozostałości po trądziku i rozmaite przebarwienia, do których dołożył w weekend kilka powierzchownych ran. Zabiedzony, z wydatnymi kośćmi policzkowymi, wyglądał niezdrowo. Choć i tak zdecydowanie lepiej niż dzień wcześniej. I tydzień wcześniej. I miesiąc temu. Sięgnął po telefon i wybrał numer Witolda. Wiszący na ścianie zegar – jedno z nielicznych sprawnych urządzeń w mieszkaniu – wskazywał siódmą trzydzieści. Tomek wiedział, że Witold się wścieknie, ale było mu to zupełnie obojętne. Nigdy nie przejmował się tym, jaki ludzie mają do niego stosunek. I nie zamierzał nagle tego zmienić.

– Czego chcesz? – warknął Witold.

– Żebyś po mnie przyjechał. Nie mogę jeszcze prowadzić auta.

– Zamów taksówkę.

– Taksówkarz nie może być pierwszą osobą, jaką dzisiaj zobaczę.

– A może nią być kierowca autobusu?

– Muszę z tobą o czymś pogadać. To ma związek ze sprawą.

– Gówno wiesz o sprawie – odburknął Witold, najgrzeczniej jak potrafił. – Wczoraj była okazja, by o tym porozmawiać. Teraz już nie ma czasu na gadanie, musimy działać. Jak chcesz się wycofać ze śledztwa, zadzwoń do Szczebiota.

– Nie zamierzam się wycofywać. Wręcz przeciwnie. Myślę, że wiem coś, na co nikt nie zwrócił do tej pory uwagi.

– Przecież nawet nie wiesz, co do tej pory udało nam się ustalić.

– Wiem, że nic nie ustaliliście. Przeczytałem raport, który mi wysłałeś. Jeśli analiza laboratoryjna nie poda nam sprawcy na tacy, będziemy w dupie. Możemy czekać, aż to się stanie, albo spróbować działać. Witold głośno westchnął. Z jednej strony był ciekaw, co Kawęcki ma do powiedzenia. Z drugiej zaś wiedział, że szuka on szofera, naiwniaka, który zawiezie jego zapijaczone dupsko na komendę. Witold bywał ciekawski. Ale starał się nie bywać frajerem.

– Zadzwoń do Magdy. Może ona po ciebie przyjedzie.

Rozłączył się. Kawęcki rzucił telefon na niezaścielone łóżko, ledwo się powstrzymując, by nie rąbnąć nim o ścianę. Wiedział jednak, że nie ma prawa wściekać się na Witolda. Gdyby zamienili się rolami, zapewne nawet nie odebrałby telefonu. Nie miałby ochoty rozmawiać z kimś, kto regularnie wpędzał go w kłopoty. Unikałby jak ognia spotkań z człowiekiem, który wielokrotnie wymuszał na nim okłamywanie przełożonych i nieustannie oczekiwał wyciągania z tarapatów. Pozwoliłby mu na swobodny lot zakończony twardym lądowaniem. I w najlepszym wypadku by mu życzył, aby upadek zakończył się śmiercią, a nie trwałym kalectwem.

Pochylił się nad łóżkiem i sięgnął po telefon. Przejrzał wykaz ostatnich połączeń i wybrał jeden z numerów.

Dziś wydawało jej się to infantylne i zupełnie niepoważne, ale dawniej jej największym zmartwieniem było nazwisko. Giętka. Pracując w Komendzie Miejskiej, przywykła do seksistowskich żartów, celowo albo przypadkiem wypowiadanych na tyle mało dyskretnie, aby za każdym razem mogła je usłyszeć. Banda niewyżytych, ograniczonych umysłowo samców używała sobie na niej do woli. Magda myślała, że będzie twarda i to zniesie, tak jak znosiła na studiach kryminologicznych, ale okazało się to znacznie trudniejsze, niż sądziła. Minęło kilka lat, zanim nauczyła się lekceważyć takie prymitywne zaczepki.

Dziś dałaby jednak wiele, żeby niefortunne nazwisko było jej głównym zmartwieniem.

Nowy kłopot numer jeden Magdy Giętkiej mierzył niespełna sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, ważył jakieś sześćdziesiąt pięć kilogramów, miał zapadnięte policzki i podkrążone oczy. Śmierdział tanimi perfumami i wodą po goleniu, wymieszanymi z fetorem strawionego alkoholu i kawy, którą popijał z gargantuicznego srebrnego termosu. Wydawał się trzeźwy, ale wiedziała, że to tylko złudzenie. Alkomat wskazałby na coś innego.

Nie znała go zbyt dobrze. Właściwie nie znała go wcale. Pracowali razem od zaledwie dwóch tygodni. W tym czasie zamienili ze sobą jedynie kilkanaście lapidarnych zdań. Prawie się nie widywali, a Kawęcki kontaktował się z nią wyłącznie za pomocą maili lub esemesów. Był dla niej obcym, zagadkowym człowiekiem, o którym dowiedziała się więcej od jego dawnych partnerów i z plotek niż od niego samego.

Nowy kłopot numer jeden Magdy Giętkiej mierzył niespełna sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, ważył jakieś sześćdziesiąt pięć kilogramów, miał zapadnięte policzki i podkrążone oczy.

Żałowała, że zgodziła się przyjechać i zabrać go na komendę. Wydało jej się to całkiem racjonalne, wręcz naturalne, kiedy Kawęcki wyznał, że nie nadaje się jeszcze do prowadzenia samochodu.

Pomagając mu, chciała uczynić pierwszy krok na drodze do nawiązania z nim partnerskiej relacji, a przynajmniej pierwszy, o którym będzie pamiętał. W końcu to, co robili, polegało na współpracy. Nauczyła się tego na studiach. Wykładowcy, często byli śledczy, profilerzy czy psychologowie kryminalni, na każdym kroku podkreślali, że to właśnie współpraca odgrywa podczas dochodzenia kluczową rolę. Powinna zaś opierać się na zrozumieniu, szacunku i zaufaniu, jakim wzajemnie darzą się partnerzy, a najlepiej wszyscy członkowie zespołu śledczego.

Kawęcki preferował jednak inny sposób działania. Którego podstawą było milczenie. Magda zrozumiała, dlaczego to jej, najmłodszej osobie w wydziale, przypadła wątpliwa przyjemność pracy z Kawęckim.

– Byłeś na miejscu zbrodni? – zapytała nieśmiało, próbując odkleić Kawęckiego od szyby, w którą uporczywie się wpatrywał.

Komisarz westchnął tak, by Magda nie miała wątpliwości, że nie powinna się do niego odzywać.

– Rozmawiałaś z Witoldem? – zapytał po dłuższym namyśle, nie odrywając wzroku od szyby.

– Dzwonił do mnie rano. Chwilę po tym, jak rozmawiał z tobą. Udało ci się czegoś dowiedzieć?

Zatrzymali się na światłach przed skrzyżowaniem Zgierskiej z Pojezierską. Znajdowali się w samym sercu Bałut, najludniejszej dzielnicy Łodzi. Miasto budziło się do życia, a jego centrum powoli wsysało mieszkańców z obrzeży milionowej aglomeracji. Na ulicach zaczynało robić się tłoczno. W samochodzie Magdy panował natomiast zaduch. Nie miała czasu na pozbycie się zatykającego żulerskiego smrodu, jaki Kawęcki zostawił w aucie dzień wcześniej.

– Dowiedziałeś się czegoś? – zapytała ponownie.

– Nie – odburknął, jakby odpowiadał upierdliwemu dziecku.

Ruszyli. Wolno pokonali skrzyżowanie, przejechali kilkaset metrów i zatrzymali się na kolejnych światłach.

– Nie jesteś zbyt rozmowny – zauważyła.

– Rano nie bywam rozmowny.

– A po południu bywasz?

– Raczej nie.

Magda spojrzała na profil człowieka, który z każdą chwilą irytował ją coraz bardziej. Jego oblicze pozostawało niewzruszone. Jeśli odburkiwał jej, ponieważ sprawiało mu to przyjemność, to w żaden sposób nie dawał tego po sobie poznać. Rzeczywiście, pomyślała Magda, wygląda na gościa z zespołem Aspergera. Minęli Rynek Bałucki, na którym rozstawiali się pierwsi handlarze, przecięli ulicę Limanowskiego i skręcili w Lutomierską. Udało im się nie utknąć w żadnym większym korku, dzięki czemu byli już prawie na miejscu.

– Ja również nie jestem zachwycona tym, że muszę z tobą pracować – powiedziała, długo ważąc słowa.

– To nie był mój pomysł.

Kawęcki odwrócił się i spojrzał w jej kierunku.

– W takim razie zamknij się i prowadź ten pieprzony samochód.

Przejechała kilkadziesiąt metrów, jakby nie zarejestrowała słów, które przed chwilą padły. Nagle gwałtowanie zahamowała. Wjechała na wysoki krawężnik, szorując zderzakiem o beton, i zatrzymała samochód.

– Wysiądź – powiedziała stanowczo. Kawęcki jednak nawet nie drgnął. – Wynoś się!

– Zgodziłaś się podwieźć mnie do pracy, więc zrób to.

– Nie zgodziłam się na słuchanie wyzwisk.

Czekała na jakąkolwiek reakcję z jego strony. Bezskutecznie.

– Nie do wiary – powiedziała, kręcąc głową.

– Zostało nam kilka minut jazdy. Jakoś to zniesiesz.

Kawęcki wydobył spod nóg termos. Napełnił nakrętkę do połowy i opróżnił jej zawartość. Magda przyglądała mu się najpierw z wściekłością, a następnie ze zdumieniem. Zastanawiała się, jak udało mu się dożyć tylu lat. Jakim cudem nikt go jeszcze nie zastrzelił, nie pobił śmiertelnie, nie zadźgał nożem? Przez niezdecydowanie co najmniej kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset osób, które niewątpliwie miały na to ochotę, teraz musiała znosić jego obecność. Obiecała sobie, że nie będzie z nim rozmawiać, jeżeli nie okaże się to konieczne. Może dzięki temu stłumi chęć, żeby go udusić. Albo nie znienawidzi siebie za to, że nie spróbowała

– Mieszkałaś kiedyś na Śródmieściu albo Polesiu? – odezwał się Kawęcki.

Magda spojrzała na niego, zaskoczona pytaniem. Wciąż tkwił przyklejony do szyby i gapił się na szarzyznę wylewającą się na łódzkie ulice, kamienice i podwórka.

Jakim cudem nikt go jeszcze nie zastrzelił, nie pobił śmiertelnie, nie zadźgał nożem?

– Tak – odparła po chwili. – Wychowałam się na Pomorskiej.

Poklepał się po kieszeniach spodni i wydobył paczkę papierosów. Wyjął jednego i zaczął go obracać w palcach.

– Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego ludzie dorastający w tego typu miejscach mają tak silną potrzebę życia? – Powoli wymawiał słowa. – Równie silną jak osoby wychowane w bogatych domach, posiadające wszystkiego w bród? Odpowiedź wydawała się Magdzie oczywista: ponieważ mają do tego takie samo prawo jak wszyscy inni, jak ty i ja, choć akurat tobie chętnie bym je odebrała. Mimo to nie odezwała się słowem.

– Jim Morrison powiedział kiedyś, że rozmyślanie o śmierci jest rozmyślaniem o wolności. Myślę, że gdyby nie był naćpany, ująłby to dokładniej. Powiedziałby, że rozmyślanie o śmierci jest rozmyślaniem o wolności, o ile nie jest ona koniecznością, warunkiem bycia przyzwoitym człowiekiem.

Magda przyspieszyła, kiedy wyrósł przed nimi budynek Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Włączyła kierunkowskaz i zbliżyła się do osi jezdni. Chciała jak najszybciej zakończyć tę podróż.

– Trzeba być masochistą – kontynuował Kawęcki – by wychowując się na zaszczanym podwórku, mając ojca pijaka i matkę analfabetkę, z rodzeństwem kształcącym się na złodziei i dziwki, wykazywać chęć do życia. Trzeba być ślepym lub nieczułym, pozbawionym receptorów do odbioru jakichkolwiek bodźców zewnętrznych. Albo po prostu bezdennie głupim.

– Myślę, że dzieci w Afryce mają gorzej – wtrąciła Magda, zanim skręciła na policyjny parking. – Ale one pewnie gówno cię obchodzą.

Kawęcki kilkukrotnie chrząknął, a następnie pociągnął nosem.

– Zawsze ktoś ma gorzej. To zależy od tego, co widzimy na co dzień. Punktem odniesienia dla dzieci w Afryce są inni mali Murzyni z brzuchami nadętymi od głodu. Dla meneli z Polesia punktem odniesienia są wypacykowani celebryci albo lalusie w garniturach wartych trzy średnie krajowe. Ludzie, którzy żyją obok nich, a mimo to znajdują się kilka poziomów nad nimi. Jakby ci menele byli ich niewolnikami, tylko że ktoś zapomniał im o tym powiedzieć.

– Włożył papierosa do ust. – Godzenie się na życie w takich warunkach, bez jakichkolwiek szans na zmianę, jest jak samobójstwo. W wersji skrojonej pod idiotów. Magda zaparkowała na jednym z niewielu wolnych miejsc. Zanim zdążyła wyłączyć silnik i rozpiąć pasy, Kawęcki zapalił papierosa i wysiadł z samochodu, zabierając ze sobą swój absurdalnie duży termos. Zanim zatrzasnął drzwi, wpuścił do środka potężną chmurę dymu, która rozlała się na przedniej szybie.

– Autystyczny skurwiel – warknęła Magda, odprowadzając go wzrokiem.

– Zanim zaczniemy, chciałbym was prosić o dyskrecję – zagaił Mariusz Szczebiot, patrząc po twarzach osób zasiadających w sali konferencyjnej. – Do mediów nie może wydostać się nic poza tym, co powiedziałem na wczorajszej konferencji prasowej. Nie rozmawiajcie z dziennikarzami, a jeżeli nie jesteście w stanie tego uniknąć, odsyłajcie ich do mnie. Nie chcę, aby jakiekolwiek informacje dotyczące tej sprawy wyszły na zewnątrz bez mojej wiedzy. Radzę wam również nie rozmawiać o szczegółach z członkami rodziny i przyjaciółmi, dla waszego i ich dobra.

W pomieszczeniu wyposażonym w podłużny stół, plastikową tablicę i niewystarczającą dla ponad dwudziestu osób liczbę krzeseł upchnęli się policjanci pracujący łącznie w dwóch komendach i trzech wydziałach. Witold Ptak pojawił się na odprawie w towarzystwie Artura Waliszewskiego, swojego nowego partnera. Trzymał przed sobą zbiór notatek, wydruków i zdjęć. Bezrefleksyjnie je wertował, zastanawiając się nad tym, co kilka minut wcześniej usłyszał od Magdy Giętkiej.

– Czy Kawęcki miewa myśli samobójcze? – zapytała.

Udawał, że nie jest jej słowami zaskoczony.

– Dlaczego o to pytasz?

– Bo odbyliśmy bardzo ciekawą rozmowę w drodze do pracy. Choć właściwie nie była to rozmowa, tylko jego monolog. Opowiedziała mu o wywodzie Kawęckiego. O tym, jak ją lekceważył i obrażał, a potem bredził niczym człowiek pogrążony w głębokiej depresji.

– Skąd on w ogóle pochodzi? – zapytała na koniec.

– Ze Starego Polesia – odparł Witold z uśmiechem.

Początkowo wydawało mu się, że to nic takiego. Przywykł do grubiaństwa i dziwacznych wywodów Kawęckiego, kiedy pojawiał się kac, a wraz z nim rozeźlenie, przygnębienie i niechęć do każdego przedstawiciela gatunku ludzkiego. Nie wyłączając jego samego. Mimo to Witold się zafrasował. Zastanawiał się, czy Kawęcki byłby w stanie odebrać sobie życie. W końcu każdego roku w Polsce kilkunastu policjantów popełnia samobójstwo. Najczęściej strzelają sobie w głowę albo wieszają się w swoim mieszkaniu. Czasem zabierają ze sobą innych – najbardziej znienawidzonych ludzi z jednostki albo przypadkowych pechowców, którzy natrafili na nich w nieodpowiednim czasie. Najczęściej giną policjanci w wieku od trzydziestu jeden do czterdziestu lat, mający za sobą od trzech do piętnastu lat służby, przeżywający problemy w życiu osobistym lub zawodowym.

Kawęcki spełniał wszystkie kryteria.

Mariusz Szczebiot pospiesznie wprowadzał w śledztwo ludzi, którzy dopiero dzisiaj zostali do niego przydzieleni, i przypominał, co do tej pory udało się ustalić. Witold co jakiś czas unosił wzrok znad notatek i zerkał na siedzącego kilka krzeseł dalej Kawęckiego. Próbował wyczytać cokolwiek z jego pustego wyrazu twarzy. Tomek wydawał się nieobecny. I z całą pewnością miał gdzieś to, o czym Szczebiot mówił z wystudiowanym przejęciem.

– Jak zapewne wiecie, ofiara była studentką polonistyki na Uniwersytecie Łódzkim. W materiałach, które macie przed sobą, znajduje się garść informacji o Martynie Bułeckiej. Są tam też imiona i nazwiska jej sąsiadów oraz osób, które mogą ją znać. – Szczebiot zerknął do notatek. – Wiemy, że ofiara wynajmowała mieszkanie na Próchnika razem z Weroniką Tarnawską, swoją rówieśniczką, studentką kulturoznawstwa. To ona znalazła ciało.

Wypowiedziawszy ostatnie zdanie, naczelnik rozejrzał się po sali. Przebiegł wzrokiem po posępnych obliczach słuchaczy. Zatrzymał się na chwilę na Kawęckim, jedynej osobie, która nie odwzajemniła jego spojrzenia.

– Próbowaliśmy porozmawiać z Tarnawską wczoraj, była jednak w zbyt dużym szoku. Psycholog zalecił, żeby poczekać z tym kilka dni, ale nie możemy sobie pozwolić na zwłokę. Dlatego porozmawiamy z nią jeszcze dzisiaj. Magdo, chciałbym, żebyś mi przy tym towarzyszyła. Magda kiwnęła głową, choć nie wyglądała na zachwyconą pomysłem.

– Rozmawialiśmy z sąsiadami Martyny Bułeckiej – kontynuował Szczebiot – ale niewiele nam to dało. Nic nie widzieli, niczego nie słyszeli, o niczym nie wiedzą. Dzisiaj trzeba porozmawiać z mieszkańcami sąsiednich budynków. Do przesłuchania jest około osiemdziesięciu osób.

Szczebiot przerwał swój wywód, kiedy do sali wszedł potężny mężczyzna w płaszczu i kaszkiecie. Nie zapukał, nie przywitał się z nikim. Wcisnął do tłocznego pomieszczenia swoje dwumetrowe cielsko i zaczął zdejmować płaszcz.

– Czy macie pytania do tej części? – zapytał naczelnik. – Z mojej strony to wszystko. Śledztwo prowadzi nadkomisarz Witold Ptak. Odpowiadacie przed nim, a on odpowiada przede mną. W kwestiach prawnych możemy liczyć na pomoc prokuratora Adama Wargi, który powierzył nam śledztwo i który ostatecznie wsadzi sprawcę za kratki. Powodzenia! Skinął Witoldowi głową i zajął jedyne wolne miejsce w pomieszczeniu, nieopodal drzwi. Jak tylko usiadł, wyciągnął telefon i zaczął odpisywać na maile.

– Zanim podzielimy się obowiązkami, chciałbym oddać głos doktorowi Janowi Ronertowi, naszemu specjaliście od medycyny sądowej – powiedział Witold, nie wstając od stołu. – Czy jesteś gotowy?

– Na to nie da się być gotowym – odparł wielkolud, grzebiąc w torbie. Ściągnął kaszkiet, pokazując siwe kępki włosów porastające jego niekształtną czaszkę. – Ale spróbuję.

Stanął przed plastikową tablicą. Po chwili namysłu odsunął ją w kąt. Położył na stole tablet i podłączył go do projektora. Na ścianie ukazała się pierwsza strona jego makabrycznej prezentacji. Spojrzał na policjantów i pogładził się po zmęczonej końskiej twarzy, w której uwagę przykuwały zaczerwienione ze zmęczenia oczy. Prawdopodobnie pracował całą noc.

– Zdążyliśmy dokonać jedynie pobieżnych badań, dlatego informacje, które za chwilę usłyszycie, mogą nie być dokładne. Miejcie to na uwadze. Ronert mówił flegmatycznie. Patrzył ponad głowami zgromadzonych, jakby kierował swoje słowa do kogoś, kto dopiero miał przyjść.

– Udało nam się ustalić, że ofiara zmarła w sobotę, prawdopodobnie w okolicach południa, oczywiście na skutek obrażeń, jakie jej zadano. Otrzymała ponad siedemdziesiąt ciosów ostrym narzędziem. Na przykład dobrze naostrzoną siekierą. – Przeskoczył na drugi slajd, na którym znajdowało się zdjęcie Martyny Bułeckiej. Jeszcze żywej.

– Zabójca atakował z dużą siłą, ale niezbyt precyzyjnie, wiele uderzeń jedynie drasnęło ciało ofiary. Efektem jego niedokładnych ciosów są widoczne w niektórych miejscach krwiaki.

Ronert zaprezentował policjantom kilka zdjęć, na których utrwalono poranione kończyny Martyny Bułeckiej.

– Dużo cięć skoncentrowanych jest w okolicy szyi, karku i ramion. Sprawca wyraźnie próbował odrąbać ofierze głowę. Ostatecznie mu się to udało. Pokazał zgromadzonym fragment zdekapitowanego tułowia i odciętą głowę, rozłożone na stole sekcyjnym. Policjanci wydali chóralny jęk zniesmaczenia.

– Na kolejnych fotografiach są oderwane fragmenty ciała denatki, ale przypuszczam, że nie ma potrzeby tego oglądać.

– Darujmy to sobie – stwierdził Witold. – Czy znalazłeś coś, co może doprowadzić nas do zabójcy?

Zamiast odpowiedzieć na pytanie śledczego, Ronert przerzucił kilka slajdów i zatrzymał się na spisanych w punktach ustaleniach.

– Jak pewnie wiecie, ofiara została zgwałcona. Być może kilkukrotnie. Świadczą o tym ślady ingerencji w jej pochwie oraz odbycie. Niestety, wiele wskazuje na to, że sprawca gwałcił ją nie tylko za pomocą swojego przyrodzenia. Narządy płciowe ofiary zostały poważnie uszkodzone, prawdopodobnie jakimś narzędziem.

– Chory zwyrol – warknął Artur Waliszewski, głośno wypowiadając to, co każdemu chodziło po głowie.

– Albo zwyrole – odparł Jan Ronert. – Nie wiemy jeszcze, czy mamy do czynienia z jednym, czy z wieloma sprawcami. Wiemy tylko, że obrażenia zadawał jej wysoki praworęczny mężczyzna dysponujący sporą siłą. Ale o tym, kto ją gwałcił, na razie wiele powiedzieć nie możemy. Najpierw musimy zbadać znalezione nasienie. I jeszcze jedno. – Zrobił długą pauzę. – Zwłoki są niekompletne. Brakuje lewego kciuka ofiary. Niewykluczone, że został na miejscu zbrodni, które było dość… zabałaganione. Będę wdzięczny, jeżeli ekipa, która tam wróci, rozejrzy się za nim.

Zgarnął tablet i podszedł do Szczebiota siedzącego w ostatnim rzędzie i nieustannie grzebiącego w smartfonie. Szepnął mu kilka słów do ucha, a chwilę później razem opuścili pomieszczenie. Witold wyszedł na środek sali i przyciągnął stojącą w kącie tablicę. Przypiął do niej zdjęcie Martyny Bułeckiej i podpisał je flamastrem. Odwrócił się i zobaczył, że po występie Ronerta niewielu policjantów jest zainteresowanych tym, co on chce powiedzieć. Dał im kilkadziesiąt sekund wytchnienia, udając, że przegląda zabrane ze sobą notatki.

I jeszcze jedno. – Zrobił długą pauzę. – Zwłoki są niekompletne.

– Beato, co udało się wam ustalić? – zapytał.

Zniszczona cera, zaniedbane włosy i niechlujny ubiór sprawiały, że samotność niemal wyzierała z małomównej Beaty Tarki. Szefowa techników przerzuciła w roztargnieniu kilka kartek, po czym schowała je do starej, znoszonej torby. Nie zamierzała podchodzić do tablicy ani nawet wstawać z krzesła.

– Sprawdzamy odciski palców, kosmyki włosów, plamy krwi i strzępy ubrań. Podejrzewamy, że wszystkie ślady, które do tej pory zbadaliśmy, pozostawiły Martyna Bułecka i Weronika Tarnawska, ale dopiero w laboratorium się okaże, czy nasze przypuszczenia są słuszne.

– Wiecie, w jaki sposób zabójca dostał się do mieszkania?

– Zamek w drzwiach jest nienaruszony. Wygląda więc na to, że albo sprawca miał klucz, albo ofiara wpuściła go do środka. W mieszkaniu nie znalazłam śladów walki. Ofiara mogła więc znać zabójcę.

Witold uważał Beatę Tarkę za sumiennego, skrupulatnego i zimnego technika kryminalistycznego, ożywiającego się jedynie w trakcie palenia papierosów. Wydawało się mało prawdopodobne, aby mogła popełnić błąd i coś przeoczyć.

– Musimy sprawdzić, czy spodziewała się wizyty kuriera, listonosza albo inkasenta z gazowni. Jakiejkolwiek osoby, która bez wzbudzania podejrzeń mogłaby się dostać do mieszkania Bułeckiej. Musimy zbadać wszystkie możliwości. – Witold ponownie spojrzał na Beatę. – Co zdążyliście do tej pory sprawdzić?

– Pokój, w którym doszło do zabójstwa, oraz wejście do mieszkania. Dzisiaj zajmiemy się resztą pomieszczeń. Najtrudniej będzie z pokojem współlokatorki Martyny Bułeckiej. Jest cały zagracony. Sprawca pewnie przeniósł do niego większość mebli z pokoju ofiary. Witold pokiwał głową.

– Dla mnie jest to wystarczający dowód na to, że nie mogło się obyć bez sporego hałasu. Skoro przesłuchani wczoraj ludzie upierają się, że nic nie słyszeli, musimy znaleźć takich, którzy coś wiedzą.

Odwrócił się do tablicy i wielkimi niezgrabnymi literami rozpisał obowiązki poszczególnych członków zespołu. Przydzielonych do tej sprawy funkcjonariuszy z Komendy Miejskiej Policji w Łodzi i sąsiedniego Wydziału Wywiadu Kryminalnego oddelegował do rozmów z sąsiadami oraz dalszymi krewnymi i kolegami ofiary, a także do przeglądania nagrań z monitoringu. Obecnego na sali informatyka poprosił, aby przetrząsnął komputer Martyny Bułeckiej i wyciągnął z niego wszystko, co może w jakikolwiek sposób pomóc w sprawie. Kawęckiego, pod nieobecność Magdy, która będzie asystować Szczebiotowi podczas rozmowy z Weroniką Tarnawską, przydzielił do siebie oraz Artura Waliszewskiego. Zdecydował, że najpierw spróbują porozmawiać z matką Bułeckiej, a następnie udadzą się do uczelni, w której studiowała ofiara.

– Czy wszystko jest jasne? – Rozejrzał się po sali, bezskutecznie szukając optymizmu na twarzach kolegów. – Dwudziestoczteroletnia Martyna Bułecka została zamordowana w sobotę około południa w mieszkaniu przy ulicy Próchnika, które wynajmowała wraz z Weroniką Tarnawską. Mamy kilkadziesiąt godzin, żeby się dowiedzieć, kto to zrobił. Potem będzie znacznie trudniej. Do roboty.

Jakub Możejko odsunął się od okna i rozejrzał po sali, jednej z kilkuset w nowoczesnym gmachu Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego. Zobaczył strapione, ale też zdeterminowane oblicza studentów.

Schlebiało mu to, że potrafi obudzić w nich zaangażowanie. Oderwać ich od telefonów i przykleić do zapełnionych bazgrołami zeszytów. Wiedział, że go lubią, ponieważ różnił się od innych wykładowców. Nie karmił ich serwowaną w podręcznikach papką i nie zanudzał językoznawczymi wywodami. Wolał, żeby to oni karmili jego. Swoją niestrawną pisaniną, wzorowaną na twórczości bohaterów literatury współczesnej, o których mieli się uczyć na jego zajęciach. I zmuszał ich, żeby czytali. O każdej porze dnia, w każdym miejscu, przy użyciu dowolnego nośnika. Nawet literaturę najniższych lotów, bezdennie głupie romansidła, opowieści o zakochanych wampirach i niewyżytych studentkach podkochujących się w wyuzdanych biznesmenach. A nawet grafomańskie wypociny kolegów z uczelnianych ławek.

– Zostało wam piętnaście minut – powiedział, nie zerkając nawet na zegarek.

Praca na uczelni nigdy nie była jego pasją, a krzewienia miłości do literatury nie traktował jako misji. Ale uwielbiał mówić o książkach. O słowach, które je tworzą. O różnicach, powiązaniach, znaczeniach, symbolach. Z krasomówczych pobudek chętnie cytował ulubione fragmenty wybranych dzieł, za każdym razem napawając się barwą swojego głosu. Wiedział, że studentom to imponuje. Lubił robić na nich wrażenie. W szczególności na studentkach.

(…) zmuszał ich, żeby czytali. O każdej porze dnia, w każdym miejscu, przy użyciu dowolnego nośnika. Nawet literaturę najniższych lotów, bezdennie głupie romansidła, opowieści o zakochanych wampirach i niewyżytych studentkach podkochujących się w wyuzdanych biznesmenach.

– Dziesięć minut – oznajmił, wyglądając przez potężne okno wychodzące na Pomorską. Wyławiał z pamięci twarze kobiet, z którymi będzie miał następne zajęcia. Na konwersatoria uczęszczali również mężczyźni, ale stanowili zdecydowaną mniejszość. Było mu to na rękę, ponieważ nie musiał okazywać im nieszczerego zainteresowania. I nie odciągali od niego uwagi studentek, które wprawdzie gardzą wykładowcami, ale wprost uwielbiają pisarzy. Szczególnie gdy są dobrze wyglądającymi mężczyznami po czterdziestce. Facetami takimi jak on. Nagle zadzwonił jego telefon. Jakub Możejko przeprosił podopiecznych, wyszedł z sali i odebrał. Kiedy wrócił, zdecydował się zakończyć zajęcia przed czasem.

Witold Ptak schował telefon do kieszeni i wymownie westchnął. Wiedział, że będzie tak wzdychać jeszcze wielokrotnie, za każdym razem gdy będzie oznajmiać ludziom, że dzwoni do nich w sprawie zabójstwa.

– Dlaczego tak się uparłeś, żeby z nami jechać? – zapytał, zerkając w lusterko wsteczne. – Widziałem twoje spojrzenie. Wręcz błagałeś, żebym przygarnął cię do samochodu. Tomek Kawęcki wypuścił dym przez nieznacznie uchylone okno. Spoglądał chwilę przed siebie, po czym wbił wzrok w szybę, by uniknąć głupkowatego spojrzenia Artura Waliszewskiego, który gapił się na niego jak na rzadki okaz zwierzęcia. Wyswobodzonego, uprowadzonego i nieobliczalnego. Niebezpiecznego, ale przez to dostarczającego dodatkowej frajdy.

– Nie miałem wyboru. Sam mi go odebrałeś.

– Nie ja, tylko Szczebiot. Miałem pozwolić, żebyś czekał, aż skończą z Magdą rozmawiać z tą dziewczyną? – Witold prychnął. – Aż strach pomyśleć, co mógłbyś sobie zrobić w tym czasie.

– A przez moment myślałem, że to ty będziesz prowadzić to śledztwo.

Witold spojrzał na Kawęckiego, spodziewając się, że dostrzeże na jego chudej gębie głupkowaty uśmiech. Nie mylił się. A co gorsza, ten uśmiech był w pełni uzasadniony.

– Chcesz mi coś powiedzieć?

– Może później – odparł Kawęcki, pokładając się na fotelu. – Czy mógłbyś ściszyć to gówno?

– Nie – powiedział Artur. – To, że jedziesz z nami, nie znaczy, że możesz o czymkolwiek decydować. Kawęcki gardził Arturem Waliszewskim i ludźmi takimi jak on. Spędzającymi mnóstwo czasu na siłowni i słuchającymi gównianej muzyki. Przesadnie dbającymi o swój wygląd, mimo że nigdy by się do tego nie przyznali. Opowiadającymi o ambicjach zawodowych i długofalowych planach, choć tak naprawdę zależało im na dwóch rzeczach: adrenalinie i ruchaniu.

– Jeśli badanie nasienia wskaże sprawcę, wyjdzie na to, że niepotrzebnie nękamy tę kobietę – powiedział Witold.

– Nie wskaże – odparł Kawęcki, odrywając wzrok od rzucającego mu gniewne spojrzenia Artura. – Skąd wiesz?

– Sprawca prawdopodobnie nie zostawił w mieszkaniu żadnych śladów. Miałby więc zostawić swoje DNA na ofierze? Ktoś, kto to zrobił, nie jest głupi. W przeciwieństwie do większości ludzi, którzy będą próbowali go złapać. Witold westchnął znacząco i postanowił, że nie będzie drążyć tematu. Najchętniej nie podejmowałby żadnego, który ma jakikolwiek związek ze sprawą. Przynajmniej nie z Kawęckim.

– Po co ci taki wielki termos? – zapytał Artur, nieprzerwanie taksując komisarza wzrokiem. Kawęcki wyrzucił niedopałek przez okno. Podniósł z sąsiedniego siedzenia potężną srebrną tubę i zaczął ją obracać w dłoniach.

– Słyszałeś kiedyś o grzybicy jelit? Artur pokręcił głową.

– Ja też nie, dopóki się jej nie nabawiłem.

– Co to takiego?

– Każdy ma w swoim organizmie drożdże. Nawet taki twardziel jak ty – powiedział Kawęcki, rzucając młodemu policjantowi wyzywające spojrzenie. – Problem zaczyna się wtedy, kiedy jest ich za dużo. A dzieje się tak, gdy spożywasz zbyt wiele cukru, niedokładnie przeżuwasz pokarm albo w jakiś sposób utrudniasz swojemu organizmowi prawidłowe trawienie. Objawów grzybicy możesz się domyślić: silne wzdęcia, naprzemienne biegunki i zatwardzenia, nieustanne uczucie parcia na stolec.

– I kawa pomaga przy tej grzybicy?

– Nie, w zasadzie nawet przeszkadza, ponieważ pijam bardzo słodką kawę. Zresztą gdyby miała mi pomagać, nie musiałbym taszczyć ze sobą termosu. – Kawęcki pochylił się do przodu. – Ta tuba potrzebna jest mi dopiero wtedy, gdy jest pusta. Domyślasz się już, do czego mi służy?

– Jesteś popierdolony – syknął Artur i odwrócił się w kierunku jazdy. Resztę drogi trzej mężczyźni pokonali w ciszy. Dwaj z nich z dyskretnymi uśmiechami przyklejonymi do twarzy.

Jeżeli rozpacz może mieć zapach, to pachniało nią mieszkanie Heleny Bułeckiej. Zapuszczona klitka w starym dziesięciopiętrowym bloku na Retkini śmierdziała dymem papierosowym, kurzem, niemytym ciałem i psią sierścią. Wszystkie te zapachy wgryzały się w drewnianą boazerię, którą pokryte były ściany wąskiego, ciemnego przedpokoju, z podłogą zadeptaną ciężkimi policyjnymi buciorami.

– Klaustrofobik by tu nie wytrzymał – zauważył Witold Ptak.

– Mieszka sama, więc rozmiar mieszkania raczej jej nie przeszkadza – odparła Marta Przybylska.

Wysoka brunetka z krótko ostrzyżonymi włosami zaczesanymi do góry i usztywnionymi sprejem wyszła z pokoju, wypuszczając z niego chmurę dymu. Włożyła kurtkę i wskazała drzwi wejściowe trzem policjantom, którzy zatarasowali przedpokój. Kiedy znaleźli się na korytarzu, głęboko odetchnęła.

– Jak ona się trzyma? – zapytał Witold.

– Kilkanaście minut temu przestała płakać i popadła w otępienie. Trudno będzie coś z niej wydobyć, ale przynajmniej nie zacznie przy was histeryzować. To, co od niej usłyszycie, o ile cokolwiek wam powie, powinniście zweryfikować za kilka, może kilkanaście dni. Może mylić daty i mieć błędne poczucie czasu. Namawiała mnie, żebym zjadła obiad, który ugotowała wczoraj. Sprawdziłam jej kuchnię. W zlewie stoi brudny gar po zupie.

Marta Przybylska odpowiadała w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Łodzi za kontakty z rodziną. Przyjmowała na siebie całą falę cierpienia, które wylewało się z bliskich ofiar najcięższych przestępstw. Była pocieszycielką, koleżanką, a kiedy trzeba – także tarczą. Robiła to od kilkunastu lat i osiągnęła najwyższy poziom zobojętnienia. Mogła przesiedzieć z Heleną Bułecką kilkanaście godzin, a potem wrócić do domu, zjeść kolację i bawić się ze swoim kilkuletnim synem w gwiezdne wojny.

– Uprzedzę twoje pytanie: nie próbowałam wyciągnąć od niej żadnych informacji. Zanotowałam tylko to, co sama powiedziała. – Podała Witoldowi niewielki kołonotatnik, w którym zapisała kilkanaście stron. – Uprzedziłam ją, że zaraz przyjdziecie, więc lepiej już idźcie. Postarajcie się jej nie zmasakrować.

– A można jeszcze bardziej?

– Wy na pewno możecie. Zwłaszcza gdy jesteście w takim składzie – powiedziała, spoglądając na Kawęckiego. – Idę coś zjeść. Za pół godziny będę z powrotem.

Policjanci wrócili do klaustrofobicznego mieszkania i weszli do pokoju stanowiącego epicentrum cierpienia. Helena Bułecka wyglądała na osobę, która śmierć ma już za sobą. Znoszone ubrania zwisały z jej wątłego ciała, choć dopiero miała zacząć zmagać się z jadłowstrętem i gubić kilogramy. Jej blade ręce składały się głównie z żył, a dłonie – niemal wyłącznie ze zmarszczek. Twarz, napuchnięta i pełna popękanych naczyń, zdawała się należeć do staruszki. Podobnie jak czarno-biała głowa: w połowie pokryta ciemną czupryną, a w połowie siwymi odrostami. Czarno-biały wydawał się też pokój. Z przestarzałych mebli coś wyssało życie na długo przed zmianą ustrojową, od której upłynęło już ponad ćwierć wieku.

Policjanci wrócili do klaustrofobicznego mieszkania i weszli do pokoju stanowiącego epicentrum cierpienia. Helena Bułecka wyglądała na osobę, która śmierć ma już za sobą.

Ciężka ciemnobrązowa meblościanka wydawała się wrośnięta w ścianę, łączącą się z sufitem rozległą plamą pleśni. Masywny stół wsparty na czterech grubych nogach stał przy dawno nieotwieranym oknie, zasłoniętym poszarzałymi od dymu firankami.

Kobieta tępo wpatrywała się w oszklony czarny kredens z porcelanową zastawą stołową, zapewne nigdy nieużywaną albo wyciąganą jedynie na specjalne okazje. Z papierosa zalegającego między jej nieruchomymi palcami został kilkucentymetrowy słupek popiołu. Obok Heleny Bułeckiej, w oblepionym sierścią kojcu, leżał zmęczony kundel, który przywitał gości leniwym uniesieniem kudłatej głowy. Policjanci dziarsko weszli do pokoju, ale tylko Witold odważył się usiąść obok Bułeckiej na zniszczonej kanapie obłożonej grubym kocem. Tomek Kawęcki i Artur Waliszewski stanęli w narożnikach pokoju, jakby się bali, że od matki zamordowanej kobiety mogą zarazić się smutkiem.

– Możemy się tylko domyślać, co pani czuje – zaczął Witold, odgrzebując z pamięci zdania, które ułożył w drodze do domu Bułeckiej. – Mamy świadomość, że jest pani niewyobrażalnie ciężko. Wiemy też, że rozmowa z nami jest ostatnią rzeczą, na jaką ma pani ochotę. Ale to dzięki niej mogą znacznie wzrosnąć szanse na szybkie schwytanie człowieka, który zabił pani córkę.

Kobieta pokiwała głową i wytarła zaczerwieniony nos w chusteczkę.

– Kiedy będę mogła ją zobaczyć? – zapytała prawie szeptem, z trudem wydobywając głos z gardła.

– Jak tylko lekarz sądowy skończy badać zwłoki. Być może stanie się to już jutro, ale nie chciałbym pani niczego obiecywać. – Witold zastanawiał się przez chwilę, czy ze strzępów ciała Martyny Bułeckiej da się uformować coś, co sprawi, że jej matka do reszty nie odejdzie od zmysłów. Szybko odpędził te myśli. – Czy spróbuje pani odpowiedzieć na kilka pytań?

Helena Bułecka wzięła głęboki oddech, wprawiając w drganie całe swoje ciało.

– Kiedy po raz ostatni widziała pani córkę?

– Muszę ją pochować – powiedziała, gniotąc w dłoniach zużytą chusteczkę. – Muszę powiadomić rodzinę. Przygotować dom na stypę. Coś ugotować.

– Pani Heleno… – Witold pochylil się w stronę kobiety. – Proszę mi uwierzyć, w tym momencie to nie jest najważniejsze. Wkrótce zobaczy pani córkę, a potem zaplanuje pogrzeb. Ale teraz musi nam pani pomóc.

– Dlaczego nie mogę jej zobaczyć? – Spojrzała na Witolda z wyrzutem. – Jako matka chyba mam do tego prawo.

– Oczywiście. Tak jak mówiłem, być może już jutro będzie pani mogła zobaczyć córkę. – Ale…

– Woli pani zobaczyć ją już dzisiaj czy żebyśmy złapali tego skurwysyna? – wtrącił się Kawęcki.

Komisarz stał w drugim końcu pokoju i przyglądał się oprawionemu w ramkę zdjęciu, na którym Helena Bułecka przytulała się do swojej nastoletniej córki. Fotografia została zrobiona jakieś dziesięć lat temu, nad jeziorem, w któryś z letnich miesięcy. Naburmuszona mina zdradzała, że Martyna nie była zachwycona wakacyjnym wyjazdem z matką.

– Spróbuję – wychrypiała Helena Bułecka. – Ale nie obiecuję, że powiem coś, co wam pomoże. Nie śpię, odkąd się o tym dowiedziałam. Nie wiem, czy sobie cokolwiek przypomnę. Witold zmierzył Kawęckiego wzrokiem, niepewny, czy powinien go zganić za brak elementarnej empatii, czy pochwalić za skuteczność. Otworzył notatnik i krótkim ołówkiem wyrył w nim imię i nazwisko przesłuchiwanej.

– Kiedy po raz ostatni widziała pani córkę? – zapytał ponownie. Zastanawiała się, nerwowo przygryzając wysuszone wargi.

– Jakieś dwa miesiące temu. Przyszła na obiad, ale prawie nic nie zjadła, trochę w talerzu podłubała. Powtarzała, że się spieszy, bo umówiła się z koleżanką.

– Z którą?

– Pewnie z Weroniką. Widziałam ją ze dwa razy, miła dziewczyna.

– Czy to normalne, że przez dwa miesiące nie widziała się pani z córką?

Pokręciła głową.

– A czy to normalne, że matka widuje dziecko raz na dwa miesiące, zwłaszcza gdy mieszkają pół godziny od siebie? Oczywiście, że nie. Ale Martynka rzadko mnie odwiedzała. Pewnie wszystkie dziewczyny w jej wieku tak mają.

– O czym wtedy rozmawiała pani z córką?

– Nie pamiętam – stwierdziła po chwili namysłu. – Chyba o niczym ważnym. Pewnie o studiach. O tym, jak jej się mieszka. Pytałam ją, czy ma chłopaka, bo była mocno umalowana.

– I co powiedziała?

– Że nie.

– Czy rozmawiała pani później z córką przez telefon?

– Raz czy dwa. Często nie odbierała, kiedy do niej dzwoniłam, ale potem wysyłała mi esemesy. Wydawało mi się, że wszystko u niej w porządku.

– Czy możemy zobaczyć te esemesy?

– Tam, na półce, jest telefon. – Wskazała palcem na meblościankę. – Proszę go sobie wziąć. Mam jeszcze stacjonarny. Artur podniósł starą nokię i zdmuchnął kurz, który pokrywał ekran.

– Nie wspominała pani o żadnych problemach?

– Nie, na nic się nie skarżyła. Nawet nie chciała ode mnie pieniędzy. Sama przelałam jej na konto pięćset złotych, bo się o nią martwiłam.

Nie na tyle, żeby ją odwiedzić, zauważył Witold.

– Czy zna pani znajomych córki?

– Tylko Weronikę. Kiedyś byłam u nich w mieszkaniu. Całkiem przytulnie tam. Brakuje tylko telewizora. Może Martynka dopiero zamierzała go kupić.

Helena Bułecka pochyliła się i zaczęła płakać, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Miała problem ze złapaniem tchu, jakby z przypływem każdej kolejnej fali rozpaczy ulatniało się z niej życie. Uspokoiła się dopiero po kilku minutach. Wytarła nos i oczy strzępami chusteczki, które zostały jej w dłoni. Witold pomógł jej zapalić papierosa, ponieważ za bardzo się trzęsła, żeby zrobić to samodzielnie.

– Co jeszcze chce pan wiedzieć? – zapytała, spoglądając na Witolda jak na oprawcę.

– Jak długo pani tutaj mieszka?

– Ze dwadzieścia lat. Przeprowadziliśmy się tutaj, gdy Martynka miała cztery lata.

– Gdzie jest ojciec Martyny?

– Kiedy była niemowlęciem, wyjechał do Niemiec. Dostał dobrze płatną robotę w Hamburgu, brat mu ją załatwił. Przez pierwszych parę lat co kilka miesięcy przyjeżdżał do Polski. Potem mu się znudziło. Znalazł sobie tam jakąś babę i założył rodzinę. Nie widziałam go już z dziesięć lat.

– Wie pani, gdzie mieszka?

– Zapisałam gdzieś jego adres.

– Czy kontaktował się jakoś z Martyną?

– Nigdy mi o tym nie wspominała.

Witold spojrzał na psa, który wyszedł z kojca tylko po to, by położyć się pod stołem. Wydawało się, że dzieli smutek swojej właścicielki.

– Czy jest coś, co powinniśmy wiedzieć o pani córce albo o pani rodzinie?

Zamyśliła się. Przez moment Witold sądził, że popadła w odrętwienie. W pewnym momencie zaczęła jednak wyginać usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zapomniała, jak to się robi.

– Bardzo się kochaliśmy – powiedziała w końcu łamiącym się głosem. – Ja i Martynka. Bardzo. Nie wiem, co ludzie sobie o tym pomyślą i co będą gadać, ale to prawda.

Po uzyskaniu zgody Heleny Bułeckiej, która w tym stanie dałaby się nawet pokroić, policjanci splądrowali pokój przez kilkanaście lat należący do jej córki. Nie znaleźli w nim nic ciekawego.

Większość rzeczy Martyna zabrała do wynajmowanego mieszkania. To, co zostało, jej matka wymieszała ze swoimi rzeczami: starymi ubraniami poupychanymi w szafkach, prześcieradłami i kołdrami, bezużytecznymi szpargałami i stertami dokumentów. Zainteresowały ich jedynie dwa grube rodzinne albumy, które Bułecka dopiero po długich namowach zgodziła się im pożyczyć. Podziękowali jej za rozmowę, obiecali, że wkrótce zobaczy swoją córkę, i wyszli z mieszkania. Zanim wsiedli do samochodu, niemal równocześnie sięgnęli po papierosy.

– Nie rozumiem, dlaczego tak się cackasz z ludźmi – powiedział Kawęcki, który oparł się o auto i przyglądał topornej bryle bloku, z którego wyszli.

– Bo mam sumienie – odparł Witold. – I empatię. Coś, czego ty nie masz i nie rozumiesz.

– Raczej nie potrzebuję.

– Tak ci się tylko wydaje. Jeszcze będziesz potrzebować ludzi. I wtedy pożałujesz swojej oziębłości.

Kawęcki spojrzał w okno mieszkania Heleny Bułeckiej. Wiedział, że nikogo by w nim nie zobaczył, nawet gdyby gapił się w nie przez kolejne kilka godzin. Bułecka oderwie się od swojego fotela tylko wtedy, kiedy będzie już bliska zsikania się w majtki. O ile zrobi jej to jakąkolwiek różnicę.

– Tej kobiecie niepotrzebne są twoje słodkie słówka, tylko córka. Najlepiej w jednym kawałku. Żywa. Jeżeli nie możesz jej tego dać, to nie sil się na wymuszoną troskę. – Kawęcki otworzył tylne drzwi samochodu i czubkiem buta zgasił papierosa. – A teraz jedźmy już stąd. Zwłoki stygną.

Garstka wykładowców w osłupieniu słuchała profesor Zofii Grajewskiej, dziekan Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego. Nie codziennie się dowiadywali, że jedna z ich studentek została brutalnie zamordowana. Wypowiadane przez krępą kobietę słowa docierały do nich powoli, ale potem błyskawicznie przedzierały się do świadomości, wyżłabiając w ich psychice leje, jak bomby. Dla większości z nich była to najbardziej makabryczna rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszeli, mimo że poznali ledwie zarys okoliczności śmierci Martyny.

– Czy jej rodzice już wiedzą? – zapytała nauczycielka, która jako pierwsza ośmieliła się zabrać głos.

– Jej matka dowiedziała się wczoraj wieczorem. Ojciec mieszka za granicą – wyjaśniła dziekan.

– Mój Boże – westchnęła inna wykładowczyni. – Przecież ona zwariuje.

– Jest z nią policyjna psycholożka. Robi, co w jej mocy, aby pomóc matce uporać się z tą stratą.

– To przecież niemożliwe – oponował jeden z nauczycieli. – Niemożliwe.

Dla większości z nich była to najbardziej makabryczna rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszeli, mimo że poznali ledwie zarys okoliczności śmierci Martyny.

W sali zapadła cisza. Zgromadzeni – w większości rodzice, lepsi lub gorsi, ale niewątpliwie kochający swoje dzieci – wyobrażali sobie, jak nieprawdopodobne spustoszenie w ich życiu spowodowałaby taka strata. Zastanawiali się, czy byliby w stanie nie postradać zmysłów. Czy odnaleźliby motywację, aby dalej żyć? Czy potrafiliby odczuwać coś poza smutkiem?

– Czy możemy jakoś pomóc? – zapytała jedna z kobiet.

– Po to was tutaj zgromadziliśmy – powiedziała Zofia Grajewska. – Martyna Bułecka uczęszczała na prowadzone przez niektórych z was zajęcia. Policja chce się dowiedzieć, co o niej wiecie: jaką była studentką, z kim się zadawała, jakie sprawiała wrażenie. Wszystko, co może im jakoś pomóc. Co może pomóc rodzinie Martyny. Zerknęła na filigranowy zegarek, który oplatał jej trzęsącą się ze zdenerwowania rękę.

– Za jakieś pół godziny powinni tutaj być. Chcę, żeby do tego czasu wszyscy, którzy znali Martynę Bułecką, przyszli do mojego gabinetu.

Do Jakuba Możejki ledwo docierały jej słowa. Zamiast nich słyszał Martynę Bułecką, która wypłowiałym, znużonym głosem ciągnęła narrację, nieudolnie, choć na swój sposób uroczo, naśladującą styl José Saramago.

Widział jej krągłą twarz z delikatnie zarumienionymi policzkami i biust wybijający się spod opinającej ciało bluzki. Czuł kokosowy zapach olejku, który wcierała we włosy i w skórę. I wspominał dzień, w którym widział ją po raz ostatni.

Fragment mogliście przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarna Owca.

Krzysztof Domaradzki
„Detoks”
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 4 kwietnia 2018