Polskie „50 twarzy Greya”. Szmira czy hit?

Kiedy byłam małą dziewczynką, z wypiekami na twarzy oglądałam wszystkie disneyowskie bajki, w których to wielka miłość rodziła się z dnia na dzień, a księżniczka w opresji, zawsze mogła liczyć na swojego księcia na białym koniu.

Później, już jako nastolatka, zasiadałam z mamą przed telewizorem i godzinami wpatrywałyśmy się w ekran, śledząc przygody bohaterek telenoweli. Och! Czegóż to w nich nie było! Romantyczne uniesienia, wielkie namiętności i okrutne intrygi.

Wszyscy mówili tylko o tych legendarnych motylkach w brzuchu i kiedy je w końcu po raz pierwszy poczułam, myślałam, że zostaną ze mną na zawsze. O ja głupia i naiwna.

Teraz – już jako dorosła kobieta – spędzam dni na strategicznym planowaniu, jak skorzystać z toalety zaraz po tym, kiedy był w niej konkubent, a także intensywnie myślę, kiedy powinnam położyć się spać, tak, aby chrapanie starego nie obudziło mnie, niwecząc cały wspaniały nocny wypoczynek. Do tego z rozrzewnieniem wspominam naszą wizytę w kinie w listopadzie 2016 roku i romantyczną kolację z października 2015.

Najbliżej do romantycznych uniesień jest mi wtedy, kiedy wieczorem, już w piżamach, zasiadamy razem przed telewizorem i z wielkim namaszczeniem wybieramy serial na Netflixie. Czy narzekam? Niekoniecznie. Tak po prostu wygląda życie po kilku latach związku.

Ale my, jak jakieś jełopy, ciągle gonimy za tą ekscytacją i tymi motylkami, psiocząc po cichu w myślach „och, czemuż, to czemuż, nie może być tak, jak na początku związku”.

I taka Blanka Lipińska, która napisała „365 dni”, bardzo dobrze o tym wie.

Bo oto, na ponad 400 stronach książki, mamy do czynienia z bardzo pikantnym opisem początków związku Laury Biel i Massima Toricellego. (I niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która choć raz podczas lektury nie pomyślała: och, jakże ja bym chciała, żeby mnie ten mój Janusz tak wziął, tak przełożył przez kolano albo zaciągnął do łóżka). I myślę, że to właśnie dla takich Halinek jak my, jest ta książka. Bo choć na chwilę możemy sobie bezkarnie pomarzyć, przypomnieć, jak to było na początku i uśmiechnąć się do swoich, może nawet nieco zbereźnych myśli.

Sięgając po „365 dni” próbowałam znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego właśnie ta książka znalazła się na 1. miejscu listy bestsellerów Empiku. I już wiem. Kobiety sięgnęły po nią dlatego, że są znudzone swoją codziennością, praniem, sprzątaniem, gotowaniem, oglądaniem swojego Janusza w wyciągniętym podkoszulku i z butelką piwa w ręce.

Kobiety sięgnęły po nią z ogromnej tęsknoty za uczuciem, które towarzyszy nam, kiedy jesteśmy adorowane i podrywane. A w końcu po prostu – z tęsknoty za dobrym seksem. I to jest w porządku.  Jak widać, w jakiś dziwny i pokręcony sposób, okazuje się, że takie książki są nam potrzebne.

„Był nagi, nie licząc białych opiętych bokserek”

Nie zmienia to jednak faktu, że Lipińska nie potrafi pisać.

To wydaje mi się kwestią bezdyskusyjną. Książka naszpikowana jest błędami stylistycznymi, dziurami fabularnymi i milionem kompletnie nikomu niepotrzebnych zaimków. Autorka w narracji miesza ze sobą czasy przeszły z teraźniejszym i mocno nadużywa strony biernej. Momentami książkę czyta się tak, jakby czytało się pamiętnik nie do końca dojrzałej emocjonalnie 16-latki. Zarówno pod względem języka, którego używa bohaterka, ale też ze względu na powierzchowność i banalne rozterki Laury.

Dodatkowo mamy do czynienia ze „zdaniami-potworkami”, w których brakuje ładu, składu, a czasem i logiki. Jak hasło: „Kelner, mimo że był Sycyliczykiem, był także Włochem” (jakby co, to każdy Sycylijczyk jest równocześnie Włochem, choć temat jest drażliwy, bo Sycylia jest autonomicznym regionem). Mamy też stwierdzenia godne Nobla, takie jak: „Wino było pyszne, zimne i mokre”, czy „rosnący w moim organizmie cukier” (zamiast poziom cukru) lub „był nagi, nie licząc białych opiętych bokserek”. (No na litość boską, to albo nagi albo w bokserkach, obu naraz się nie da).

IMG_4615

„Moje”, „moje”, „moja”, „mi” – no jak w szkolnym wypracowaniu, fot. strona z książki „365 dni”

Autorka sili się też na zabawne porównania, które wychodzą jej raczej średnio. Jak na przykład: „Otworzyłam szeroko oczy, a moje serce wybijało rytm jak oklaski po koncercie Beyonce”.

I prawdą jest, że nasz rodzimy język polski jest dość ubogi, jeśli chodzi o określenia dotyczące seksu. Prawdą jest, że trzeba o nim rozmawiać. Ale ja mówię „NIE” dla takiego stylu rozmowy.

Pomysł na fabułę mógłby śmiało zostać wykorzystany przez scenarzystę brazylijskiej telenoweli. Bo oto znudzona już życiem i wypalona 29-latka, wyjeżdża na wakacje z paczką swoich przyjaciół, na których zostaje uprowadzona przez szefa sycylijskiej mafii. Skąd groźny mafioso wiedział w ogóle o istnieniu Laury Biel z Warszawy? Ano proste – przyśniła mu się, kiedy walczył o życie po krwawej strzelaninie.

Nasza Laura jest rozdarta, ponieważ seksowny Massimo stawia jej ultimatum – kobieta ma 365 dni, żeby go pokochać, bo jeśli nie, to wymorduje całą jej rodzinę. Słodko, prawda? Rozdarcie głównej bohaterki nie trwa jednak długo, bo okazuje się, że Massimo jest obrzydliwie bogaty i chętnie z tego korzysta. A 29-latka najbardziej lubi eleganckie i drogie ubrania i szybkie samochody. Jeśli do tego dodać całkiem niezły seks, to już po kilku dniach okazuje, że się dziewczyna wpadła po uszy, a motyle latają już nie tylko po brzuchu, ale wszędzie, gdzie się da.

Szybko okazuje się, że chwytliwe hasło z okładki, które informuje o tym, że oto masz do czynienia z połączeniem „50 twarzy Greya” i „Ojca chrzestnego” jest tak naprawdę wielkim oszustwem. Bo wychodzi na to, że teraz każda książka, w której pojawia się kilka, dość kiepskich opisów seksu – już może pretendować do miana najsłynniejszego erotyka naszych czasów. Mafijne wątki w tej książce ledwo majaczą na horyzoncie, a opierają się głównie na tym, że ktoś kogoś zabija i nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności, bo trupy rozpływają się w powietrzu.

Blanka Lipińska miała może i całkiem dobry pomysł. Niech już będzie. Nie każda książka na polskim rynku musi być ambitna i napisana wysublimowanym językiem. Ogromny żal mam jednak do wydawnictwa Edipresse. Bo to oni powinni usiąść z panią Blanką i dać jej szybką lekcję języka polskiego i redagowania tekstu. Prawda jest taka, że pisarzowi mogą się zdarzać stylistyczne błędy. Ale po to właśnie książka przechodzi redakcję, żeby je wyłapać i usunąć. Redaktor jest najważniejszą osobą zaraz po autorze. A tu nie widać, żeby w ogóle ktoś tej redakcji się podjął. Niestety.

Zakończenie „365 dni” niestety jasno sugeruje, że będzie kolejna część. Daj mi panie siłę, abym mogła ją przeczytać.

A Wam powiem tak: jeśli szukacie chwili rozrywki i nie przeszkadza Wam, że ktoś nie potrafi pisać po polsku – czytajcie śmiało! Jeśli jednak od książki wymagacie czegoś więcej poza kilkoma chwilami uniesień, dajcie sobie spokój. Szkoda Waszego czasu i pieniędzy.

365-dni-front-300-dpi

[OPIS WYDAWCY: Obrzydliwie romantyczna, skrajnie prawdziwa i inspirująca….

Laura wraz ze swoim chłopakiem Martinem i dwójką przyjaciół, wyjeżdżają na wakacje na Sycylię. Drugiego dnia pobytu – w swoje dwudzieste dziewiąte urodziny, dziewczyna zostaje porwana. Porywaczem okazuje się głowa sycylijskiej rodziny mafijnej, szalenie przystojny, młody Don – Massimo Toricelli. Mężczyzna kilka lat wcześniej przeżył zamach na swoje życie. Postrzelony kilka razy prawie umarł – a kiedy jego serce przestało bić, przed oczami zobaczył dziewczynę, a dokładnie Laurę Biel. Gdy przywrócono go do życia, obiecał sobie, że odnajdzie kobietę, którą zobaczył.

Massimo daje dziewczynie 365 dni na to, by go pokochała i została z nim.

Ojciec chrzestny w połączeniu z Pięćdziesięcioma twarzami Greya.]

Blanka Lipińska
„365 dni”
Wydawnictwo Edipresse Książki
Premiera: 4 lipca 2018

Chcesz być na bieżąco? Wpadnij na mojego Facebooka!

Lubisz oglądać ładne obrazki? Zajrzyj na mój Instagram!

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.